środa, 25 stycznia 2017

Wygrzmocenie

Wygrzmocenie

Szedł Zeus po lodzie
Zeus lubił psocić
Rzucał gromem
Tu i tam
Nagle
Się poślizgnął
Się wygrzmocił
Skończyły mu się grzmoty
Tej mocy
Nikt mu już nie da
Wygrzmocił się Zeus z grzmotów
Biedak
Chciałby rzucić gromem
Pusta dłoń
Z braku laku
Rzucił
Się
Z  mostu w rzeki toń
Przez utonięcie
Medyk orzekł zgon

Już nie będzie błyskawicy
Co nawałnicę wróży
Ani róży
Wyglądającej
Jak po solidnej burzy

Zeus
Rzucając się z mostu
Światopogląd mój zburzył
No bo jak?!
Świat bez burzy?
I bez róży po burzy?
Wkurzył mnie tym
A jak się wkurzę
Burzę rozpętać potrafię
I czuję
Że zrobić to muszę

Rozładować napięcie
Rzucić gromem
Stać się Zeusem
Stać się następcą
Gromowładcy byłego
Rzucać piorunami
Grzmotami
Błyskawicami
We wszystko
I w każdego
A co?

Będę tak grzmocił
Całe dnie i noce
Póki sam się nie poślizgnę
I się nie wygrzmocę


środa, 18 stycznia 2017

Poradnik

Fruwając w przestrzeni
Wielkiego Internetu
Znalazłem darmowy
Poradnik dla poetów
Wytężam swe oko
I czytam ochoczo…

…Tak na marginesie
Napisz kilka słów
Niech żyją sobie z boku
Niech sobie będą tu
W razie potrzeby
Patrz na nie ukradkiem
Być może są  to słowa
Których brak jest czasem
Nie wykluczone, że
Oddadzą sens myśli
Sens tego, co właśnie
Autor
(Czyli Ty)
 Ma na myśli…

No dobra
Myślę sobie
Żeby był margines
Potrzebny jest mi zeszyt
Muszę zeszyt przynieść
Idę więc do kiosku
Kroczek po kroczku
A pod kioskiem
Dochodzę do wniosku

Że

Pod kioskiem
Nie czuję się bezpieczny
Pod kioskiem stoi liczny
Margines społeczny
Stołeczny – bym powiedział
W końcu to Warszawa
Czuję
Jak facjata ma
Staje się blada
Krew mi odpływa
Gdzieś na margines
I jak ja mam teraz
Zeszyt z kiosku przynieść?
Kiedy cała moja forsa
Zasila
Społeczny  margines
Cała mój kapitał
W ich winie teraz płynie
Które kupili
Za forsę
Którą mi złupili

Z marzeń o słowach
Na marginesie
Zostało tylko puste
Miejsce w mojej kiesie
Co robić w takiej chwili?
Myślę zasmucony
Już wiem
Znajdę w necie


Poradnik dla złupionych

sobota, 14 stycznia 2017

Stado

Wyrywa się ze mnie stado słów
Tylko nie wiem jakie
Słowo wstawić tu
Bizon, antylopa
A może hipopotam?
Tam stoi gazela
Tutaj wierzba szlocha
Są nawet ćmy
Śmierci szukają w lampach
Tam gdzie jest światło
Tam kończy się ich bajka
Uparte są
Jak osioł
Do światła uparcie lgną
Drzewa na wietrze
Jak węże się gną
Ok
Ale
Jakie słowo
Do wiersza wstawić zatem?
Nie wiem
Pomyślę
Póki co
Wstawię

Wodę na herbatę

wtorek, 10 stycznia 2017

Za jedyne dziesięć kilometrów

Nic na razie do powiedzenia
Bo dziesięć kilometrów biegu
Wszystko zmienia
Twórcze myśli
Ulatują
A mięśnie?
Nie wiem
Chyba się regenerują

Taka jest prawda. Większy wysiłek fizyczny i całe górnolotne myśli lądują gdzieś na miękkim podłożu. Na czymś w rodzaju zielonego, leśnego mchu albo miękkiego, przestronnego materaca z funkcją kojącego masażu pleców. Zastygają w oczekiwaniu na wzniosłą chwilę uniesienia się w górę. Jest tylko pytanie. Czy znowu się wzniosą? Czy się nie rozleniwią gdzieś w tym leżeniu?


Za jedyne dziesięć kilometrów



Znajomi normalnie wzięli się i pobiegli w Biegu Trzech Króli. Pięć kilometrów na minus siedemnastu stopniach jak na moje standardy to bardzo duży wyczyn i dlatego im pogratulowałem. Ale też pozazdrościłem. Tak pozazdrościłem, że następnego dnia o godzinie piątej rano wstałem z łóżka, ubrałem się i pobiegłem na dziesięć. Tak dla rozładowania zazdrości. I co? I nic, wyleciała ze mnie cała wena twórcza człowieka piszącego.

Nie wiem czy tak jest w każdym przypadku, ale w moim wysiłek fizyczny wysysa wenę, jak odkurzacz kłęby kurzu z najdalszych zakamarków pokoju. Albo ulatuje ta muza razem z potem i spalonymi kaloriami po to, żeby z czasem powstać, jak Feniks z popiołów i tworzyć kolejne zdania i rymy. Nie wiem. Ale wiem na pewno, że odkryłem w tym biegu pewne korzyści dla siebie, a jako typowy Polak, we wszystkim muszę widzieć korzyść, 

Jakie odkryłem korzyści podczas mojego prywatnego biegu na dziesięć kilometrów?



Gdy biegnę tworzę plastyczne obrazy, co pozwala zapomnieć mi o tym, że biegnę. Porównując świecące latarnie do drzew, świecących złotym blaskiem, doszedłem w swych rozmyślaniach do zielonej miejskiej dżungli, w której ludzie zamieniają się w lwy, tygrysy, antylopy i inne egzotyczne zwierzęta, pożerane jedne przez drugie w nieustającej, krwawej walce o byt. W walce, gdzie silniejszy wygrywa.

Oblodzone ławki porównuję do lśniących w blasku latarni wagoników kolejki linowej, ciągnącej gdzieś w stronę horyzontu, na którym wschodzi gorące, ogniste, żarzące się ostro pomarańczową barwą słońce. Zupełnie, jakby ognista pomarańcza budziła się do życia. A to przecież tylko zwykła, drewniana, oblodzona ławeczka, która w mej wyobraźni zabrała mnie gdzieś w okolice słońca. Takie biegowe halucynacje są, jeśli nie lepsze, to przynajmniej tak samo energetyzujące, jak dobra muzyka wpuszczona do duszy przez cienką kroplówkę słuchawek…

Te i tysiące innych mieniących się kolorami obrazów (uchwyconych w rozpływające się ramy) miga mi przed oczami, jak na pokazie slajdów z egzotycznej, kosmicznej trochę podróży. I to wszystko za jedyne dziesięć kilometrów (za jedyne dziesięć kilometrów – brzmi jak reklama znanego, wielkiego sklepu przeznaczonego nie dla kretynów) przebiegniętych w sobotni, mroźny styczniowy, poranek… Za dziesięć kilometrów, które przebiegłem kierując się zazdrością, jaka we mnie wezbrała, kiedy znajomi z grupy treningowej sobie - ot tak - przebiegli pięć kilometrów w największym mrozie na Biegu Trzech Króli…

…Bo w życiu trzeba się kierować zdrową zazdrością.

Nie wiem, czy po wysiłku fizycznym wracają twórcze myśli, ale wiem na pewno, że spokojnie mogą pojawić się w trakcie, wywołując całkiem przyjemne wizje, o jakich trudno marzyć nawet w najlepszym kinie 3D w mieście…


I wszystko za jedyne dziesięć kilometrów, dziesięć kilometrów, po których następuje błogi relaks.

czwartek, 5 stycznia 2017

Za czym wierzba płacze?

Nad czym i za czym  wierzba płacze? Odpowiedź na pierwszą część tego pytania może wydawać się banalna: Nad Ziemią, na której rośnie. A ja znam historię wyjaśniającą drugą część tej odwiecznej tajemnicy…




Człowiek, który poznał tajemnicę płaczącej wierzby



Ty, Jacek, za czym ta wierzba tak płacze? – pyta się Wacek pociągając łyk czerwonego wina ulokowanego w zielonej butelce. – Nie wiem – odpowiada Jacek – może nad nami. W końcu siedzimy dokładnie pod wierzbą. Łza płaczącej wierzby skapnęła do zielonej butelki delikatnie zaprawiając czerwone wino swoim słonym smakiem…

Ale nie – myśli sobie twórca tej historii – a gdyby tak w tej historii coś zmienić? A gdyby Wacek i Jacek wcinali pod wierzbą na przykład  owoce granatu, w których pestki tłoczą się obok siebie, niczym ziarenka piasku na gorącej plaży. Albo nie, nie granatu, może by wcinali banany wygięte w łuk. Wygięte jak powracające bumerangi w dalekiej Australii? Albo jak łuk Robina Hooda buszującego w zielonym lesie Sherwood.  A może po prostu by chowali się w cieniu wierzby przed palącym słońcem. Pod prysznicem z łez płaczki rozprawialiby na temat tajemniczego płaczu wiecznie szlochającego drzewa.  Serca by mieli tak gorące, że łzy wierzby od razu by zamieniały się w parę pod ich żarem…

No tak, pisarz możliwości ma wiele. Szuka, myśli, tylko wciąż nie zna odpowiedzi na pytanie, za czym wierzba, pod którą siedzą Wacek i Jacek, płacze. Sam postanawia zgłębić tą tajemnicę.

Podchodzi do wierzby tanecznym krokiem brekdancowca i głosem, którego pozazdrościł by Luciano Pavarotti i, na melodię „Nie płacz Ewka” Perfectu, pyta się:

– Wierzbo, za czym ciągły lament twój? Proszę powiedz mi. Wierzba patrzy na niego załzawionymi oczyma. Odpowiadając pytaniem na pytanie wydobywa z siebie nasączany smutkiem, łkający głos.
– A wiesz co mi obiecali?
– Nie wiem – odpowiada po dłuższym zastanowieniu pisarz. – A nie, wiem! – krzyczy, błyskawicznie niwelując swoją ignorancję – obiecali ci gruszki, gruszki na wierzbie!
– Otóż to, obiecali i jeszcze ich nie doczekałam. Cała moja tęsknota i żal jest właśnie spowodowana tą niespełnioną obietnicą. Obietnicą gruszek na wierzbie…

…– Ty, Wacek, albo to wino tak na mnie działa, albo mam jakieś przewidzenia. Widzisz?
– Co mam widzieć? – odparł Jacek przeciągającym się, zmęczonym głosem.
– Ktoś gruszki na wierzbie porozwieszał.
– Ano, i jakby nasze drzewko rumieńców nabrało. I chyba już nie płacze
– No to zdrówko za nie płaczącą już wierzbę!
– Zdrówko…

I tym pięknym sposobem wkręciłem Jacka i Wacka w dowcip, jednocześnie spełniając odwieczne oczekiwania wierzby. Powiesiłem na niej obiecane gruszki.


No proszę, a mówią, że pisarze to tylko fantazjować potrafią.

niedziela, 1 stycznia 2017

Sprawa całkiem przyziemna

Od rana w TV
Spiker do mnie krzyczy
Już za chwilę
Program przyrodniczy!
Pod redakcją pani Marlenki
Prosimy zostać z nami
To jej debiut wielki

(Jak to w TV
W nocy
W dzień
Nad ranem
Wracamy po krótkiej
Przerwie na reklamę…
…Trzy godziny później)


Dzień Dobry Państwu
Jestem Marlena
Nie używam mózgu
Bo mózgu nie mam
Wynika to
Z biologicznego prawa…
…Zapraszam na mój program
Pod tytułem „Jest sprawa”

W dzisiejszym programie

Sprawa grawitacji
(Przeszkadza w lewitacji
Oraz w awiacji)

Chcę zaprzeczyć prawu
Ciążenia powszechnego
Fruwanie mi się marzy
Pod chmury
Pod niebo
Niestety
Problem jest głęboki
Jestem pod ziemią

Pomykam chyłkiem
Pod ziemią, po ziemi
Chcę się wznieść
Choć na centymetr
Ale
Ktoś  mnie uziemił
Biedną
Ktoś sprawił, że jestem
Sprawą przyziemną
A chcę latać
Zaprzeczyć
Prawu ciążenia…

…Koniec

Program prowadziła
Dżdżownica Marlena…