poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Na polnej drodze

Urządziłem sobie samotny rajd po polnych drogach. Idę, wiatr wieje mi w zataczającą coraz silniejsze kręgi łysinę, gdy  nagle…



Szczeknął na mnie bezpański, czarny pies sięgający mi do kolan. Jego szczeknięcie przeszło w ujadanie. Ujadanie przeszło w warczenie. Warczeniu niespodziewanie zaczęła towarzyszyć piana tocząca się z czarnego pyska. Ostatnim etapem tej psiej postawy były kły zanurzone w mojej łydce. Łydkę przeszyła nitka bólu, mnie ukłuła igła wkurwienia, a bezpańskiego psa dosięgła moja stopa wymierzająca solidnego kopniaka w brzuch.  Uciekł zostawiając mnie z krwawiącą  i bolącą łydką na środku polnej drogi i z wyrzutami sumienia spowodowanymi tym, że musiałem postąpić tak, jak właśnie postąpiłem. No ale z drugiej strony patrząc, miałem dać sobie odgryźć nogę? Nie daję mi też spokoju pytanie, dlaczego psy biegają same między wsiami. Dochodzę do wniosku, że ludzie, na pozór dorośli, nie dorośli do posiadania psów…



 No, ale jak już uciekł, mógłby chociaż do tej rany, którą dał mi w prezencie, kartę szczepień zostawić.  Albo inny dokument potwierdzający jego dobry stan zdrowia. Heheszki i marzenia.
 – Muszę iść do lekarza, żeby mi ranę zdezynfekował – pomyślałem. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Nie wiem, jak dla tego psa(mam nadzieję, że też), ale dla mnie wszystko skończyło się na szczęście dobrze…


Wniosek z tej historii płynie taki: Na samotne rajdy muszę brać coś, co przepędzi dzikie zwierzęta chcące się do mnie dobrać, np. petardy małego kalibru(ewentualnie przekąski w postaci dziesięciu kilo kiełbasy, żeby zwierzęta zeżarły ją a nie mnie. I tu nie ma co się śmiać, dawno, dawno temu, kilo parówek uratowało mnie przed czterokundlową watahą, która chciała się do mnie dobrać. Do mnie albo do kila parówek, do tej pory tego nie wiem. Tak czy inaczej odwróciłem uwagę watahy ode mnie rzucając w jej stronę parówki. Cztery kundle zajęły się parówkami błyskawicznie, zostawiając mnie w spokoju) i coś na szybką dezynfekcję ran, np. spirytus w czystej postaci. Zwykła woda utleniona może nie wystarczyć. Bandaż i plaster to wiadomo. Na dobrą sprawę bandaż, plaster i coś  przeciwbólowego  to zawsze się powinno przy sobie nosić, nawet w drodze do sklepu osiedlowego. Nigdy nie wiadomo, co się po drodze przytrafi… 

środa, 26 lipca 2017

Pytanie 2

Dlaczego tego bloga nikt nie komentuje? Taką miałem nadzieję na popularność w sieci. Eh, zastrzelę się kamieniem z procy. Albo schowam się gdzieś w jakiejś dziczy. Np tutaj





poniedziałek, 24 lipca 2017

Pytanie

Działo się to na śródmieściu wśród zgiełku rozemocjonowanych uczestników protestu przeciwko obecnej władzy. Janek – szczupły blondyn o oczach w kolorze morza w słoneczny dzień – biegał z kamerą próbując przeprowadzić z kimś wywiad. Podekscytowany nawet nie zauważył, jak na plac wjechała srebrna, policyjna furgonetka. A potem jeszcze jedna. I jeszcze jedna. Policjanci wysypali się z lśniących furgonetek uzbrojeni w pneumatyczną broń. Rozpoczęli regularny obstrzał cywilnej ludności. Janek usłyszawszy krzyki ludzi skierował oko kamery w stronę rozpierzchających się w panice cywili. Po raz kolejny w jego karierze reportera kamera uratowała mu zdrowie – gumowy pocisk wystrzelony przez znajdującego się właśnie w kadrze kamery policjanta, trafił prosto w obiektyw tłukąc szklaną gałkę oczną drogiego sprzętu video. – A niech to szlag – zaklął – wyjął z przymocowanej do pasa torby zapasowy obiektyw, wykręcił z kamery potłuczony zamieniając go nowym dobrym i pobiegł z kamerą do epicentrum wydarzeń.

Biegnąc, kopnął niechcący nie duży przedmiot. Schylił się, podniósł – portfel, stary, czarny, zniszczony portfel. Zapomniał o otaczającym go zgiełku protestującego tłumu. Otworzył  – w portfelu znajdował się  dowód tożsamości w postaci prawa jazdy i karta bankowa z przyklejoną na niej fiszką z numerem PIN. Na fiszce była zapisana informacja: Jeśli czytasz tą wiadomość, skorzystaj ze środków ukrytych na koncie i zawieź portfel na adres widniejący na prawie jazdy. – To jakiś żart – pomyślał Janek – ale ja lubię żarty, zwłaszcza dobre. Pośpiesznie schował portfel i kamerę do reporterskiego niezbędnika i opuściwszy coraz bardziej pogrążony w protestacyjnym chaosie plac, udał się w kierunku Starbucksa. Zamówił kawę. W to styczniowe popołudnie gorące espresso znakomicie kontrastowało z wszechogarniającym chłodem. Pełen podniecenia wygrzebał ze swojego niezbędnika niewielki tablet. Wpisał w wyszukiwarkę widniejący na prawie jazdy adres: Poznań, ulica Wincentego Smoka sześć przez jedenaście. Takiego adresu nie było. – Co jest? – pomyślał. Spojrzał na fiszkę przyklejoną do bankowej karty, odkleił. Na drugiej stronie widniał login i hasło do konta bankowego. Wszedł na stronę znanego banku, zalogował się. Oczom nie dowierzał, właśnie zdobył dostęp do ogromnej ilości gotówki. Jedynka z przodu i siedem zer w ogonie sugerowały tylko jedno: jesteś multimilionerem. Ale nie to go zdziwiło najbardziej. Jego umysł wciąż się zastanawiał nad hasłem dostępu do tajemniczego konta, które brzmiało:


I co pan zrobisz z taką fortuną? 

środa, 19 lipca 2017

Kartka

Stanąć w obliczu pustej kartki to najtrudniejszy moment w życiu pisarza. Pustka kartka jest zaproszeniem do imprezy, gdzie słowa tańczą do muzyki myśli i emocji. Akceptując zaproszenie pisarz zgadza się na każdą nutę, takt i tempo melodii przez nie wygrywane. Zgadza się na każde machnięcie pędzla wyobraźni. Ale jednocześnie pisarz musi stać się cenzorem całej tej zabawy. Musi stać na straży tej imprezy pilnując, by nie weszły na nią niepożądane słowa. Niektóre słowa po prostu nie umieją tańczyć do aktualnej muzyki myśli i emocji…

Przerwa na spacer ;)


I z takimi właśnie myślami, z długopisem w dłoni, zasiadam do pustej kartki próbując usłyszeć moją wewnętrzną muzykę. Niestety, oprócz cichego pobrzękiwania moich czułych strun nie słyszę nic.

 – Ale przecież nie będę się poddawał – myślę – przecież  mogę pisać o wszystkim. O ginących w zastraszającym tempie pszczołach, o nowych przewodnikach turystycznych, o Iranie, gdzie pod złowieszczym płaszczykiem Islamu tętni życie, jakiego by się, kochający adrenalinę, gangster nie powstydził. 

Mogę pisać o nowych wynalazkach, które w przyszłości uratują ludzkość i o papierze toaletowym, który kiedyś opowiadał mi, że w poprzednim życiu był dostojnym drzewem, że kiedyś był schronieniem dla korników, wiewiórek, sów i partyzantów walczących z niemieckim okupantem, który z najwyższą przyjemnością puszczał serię ostrej amunicji w stronę rdzennej ludności mojej ojczyzny. 

– A dzisiaj co? – mówi z wyrzutem – dziś wylądowałem w dupie. 

– Dobrze chociaż, że nie w czarnej – odpowiadam. Na co on się uśmiecha mówiąc 

– Tak, to jakiś plus, dobrze, że chociaż reinkarnacja istnieje. Wierzę w nią, bo sam jej doświadczyłem. Po chwili namysłu uświadamiam sobie, że mówi o recyklingu, śmieciowej akcji segregacji. Mówi, że w poprzednim wcieleniu był pamiętnikiem pewnego znanego podróżnika. Podróżując w jego plecaku przeżył sto tuzinów niesamowitych historii…

– Tak, przecież mógłbym pisać o wszystkim, tylko cholera, nic nie wydaje mi się godne uwagi. 



Żebym chociaż jakimś balonem leciał między pierzastymi obłokami skąpanymi w ognistych barwach zachodzącego słońca. Albo na garbatym wielbłądzie podróżował między złocistymi piaskami Sahary. A ja co najwyżej tylko nad polskie morze, nad którym plażę zalał niekontrolowany przypływ parawanów, mogę się wybrać. 

Od biedy mógłbym pisać o wojnie plażowej toczącej się w imię miejsca na parawan. Może bym nawet jakąś nagrodę literacką zdobył za nowatorską powieść wojenną… 

– Ale nie – myślę przerywając swoje rozważania – żeby pisać interesująco, trzeba podróżować balonem między chmurami, wspinać się po wulkanach na Islandii w międzyczasie kończąc szesnasty kurs rozwoju osobistego i skutecznego marketingu sieciowego…



– Tak, mógłbym pisać o wszystkim, ale ciche pobrzękiwanie moich czułych, wewnętrznych  strun mówi mi: WEŹ SIĘ LEPIEJ ZA ROBOTĘ

Na białej kartce papieru, przy której snuję myśli bazgrzę osiemnaście słów


Dzisiaj z tanecznej imprezy słów nic nie będzie. Orkiestra myśli i emocji nie dotarła z powodu kiepskiej pogody ducha.

wtorek, 16 maja 2017

Rzeźba



Złamana przez siły natury. Nie wytrzymała presji czasu  i nawałnicy. Taka, ot, rzeźba. Choć jakby się temu bliżej przyjrzeć, to każde drzewo jest rzeźbą. Ale to jest rzeźba wyjątkowa, odbiegająca ot formy innych rzeźb. Powalona niczym Urlich Von Jungingen pod Grunwaldem(tylko koń gdzieś zbiegł i szabla się zagubiła) leży na leśnej ściółce jak bohater, co umarł na polu chwały.

Leży samotnie gdzieś w oddali od cywilizacji, jaki będzie jej los...?
Dobra, nie ważne, to nie miało być o rzeźbie ani o powalonej sośnie tylko raczej o tym, że...

Jakkolwiek by to nie brzmiało...
Zawsze...
Ale to zawsze...

Przychodzi (Tak jak w przypadku naszej sosnowej rzeźby) koniec.
Przychodzi przysłowiowa kryska na matyska...


A ja? 
Zmykam do chałupy
Bo grzmi i się błyska
I wieje
Złowieszczo
I serce me przejęte jest strachem
Że mnie piorun grzmotnie i zabije na miejscu
Ty też lepiej się schowaj przed piorunem i nawałnicą. Nigdy nie wiesz, z której strony zawieje zdradziecki wiatr  i kiedy nastąpi atmosferyczne wyładowanie... 

poniedziałek, 1 maja 2017

Krótka historia pięciu złotych (Proza)

Czarna puszka kosza na śmieci stała na wbitym w ziemię metalowym pręcie do złudzenia przypominającym domek Baby Jagi stojący na kurzej stopie. Bystre, błękitne oko Henryka trudniącego się zbieraniem kolorowych, aluminiowych pojemników po różnych cieczach wypatrzyło w nim pięć złotych. Pięć złotych leżących na czarnym dnie czarnej śmieciowej puszki. Ręką długą, jak pięciometrowy pyton, sięgnął po błyszczącą zdobycz. Usta rozbłysły mu w demonicznym uśmiechu...

- Pięć złotych - pomyślał - pięć złotych - jestem bogaty tak bardzo, jak jeszcze nigdy nie byłem...
- To będzie jakieś dwadzieścia pięć tysięcy złotych - rzekła korpulentna blondynka obsługująca miejski lombard - wypłacić gotówką czy przelać na konto? - zapytała głosem nie kryjącym zdumienia.
- Gotówką proszę - rzekł Heniek głosem ledwo ukrywając podekscytowanie. Nowiutkie, pięciusetzłotowe banknoty wrzucił do starej, brązowej reklamówki. Zupełnie, jakby wkładał ziemniaki do jednorazowej torebki w osiedlowym warzywniaku...

- Pięć złotych - pomyślał wychodząc z lombardu - pięć złotych dwudziestoczterokaratowych monet. Pięć złotych dwudziestoczterokaratowych monet leżących na czarnym dnie czarnego kosza na śmieci... 

Zniknął za horyzontem niczym kowboj na końcu amerykańskiego westernu znika niesiony przez swojego rumaka na tle zachodzącego słońca.

sobota, 15 kwietnia 2017

Wpis prawie świąteczny (Wyrwane z pamiętnika#1)

Dawno nic nie pisałem, chociażby tego, że tydzień temu byłem w Katowicach na koncercie. A wybrałem się na niego najpiękniejszym środkiem transportu, jakim jest autostop. Chciałem pociągiem albo bla bla carem. Ale nie, jazda z przypadkowymi ludźmi o przypadkowej porze wygrała z przewidywalnością podróży koleją czy umówionym transportem. No i taniej.

...tydzień temu byłem w Katowicach na koncercie Deutera. Kawał dobrej muzy – i przekaz i poskakać można... Oprócz Deutera grali też KOSA OSTRA(Ha ha, przypomina mi się ojciec chrzestny i sławetna COSA NOSTRA – co po włoskiemu oznacza nasza rzecz), ZBEER, TURBOJANUSZ I... ŁYSE PAŁY. Nazwy niczego sobie. Jeśli chodzi o Łyse Pały to utkwił mi w pamięci tekścik, jaki płynął z ust wokalisty niczym miód pitny ze złotego kielicha

Przekaz jest prosty
Przekaz jest jeden
Jesteś rasistą
Nie jesteś skinheadem

Nie chcę tutaj wnikać w subkultury itp. chociaż można by o tym opowiadać długo. Obawiam się jednak, że nie masz na to czasu. Nie wiem nawet czy masz czas, żeby czytać to, co właśnie czytasz. Dlatego nie będę tutaj wnikał w socjologiczne i kulturowe aspekty muzyki związanej z poszczególnymi kulturami(Może kiedyś o tym napiszę). Tak czy inaczej powyższy tekścik zapamiętałem.

Na pamiątkę wrzucę tutaj kawałek Deutera, który najbardziej przypadł mi do gustu.



Jeśli ktoś z Deutera to czyta to pozdrawiam. Pozdrawiam też wszystkich, którzy czytają ten tekst życząc

Wesołych świąt
Smacznego jaja
A po świętach?

Byle do maja
Pierwszego
Dnia wolnego
Poniedziałkowego
Z kalendarza
Tak by wynikało
Mojego...


Wesołych Świąt





środa, 25 stycznia 2017

Wygrzmocenie

Wygrzmocenie

Szedł Zeus po lodzie
Zeus lubił psocić
Rzucał gromem
Tu i tam
Nagle
Się poślizgnął
Się wygrzmocił
Skończyły mu się grzmoty
Tej mocy
Nikt mu już nie da
Wygrzmocił się Zeus z grzmotów
Biedak
Chciałby rzucić gromem
Pusta dłoń
Z braku laku
Rzucił
Się
Z  mostu w rzeki toń
Przez utonięcie
Medyk orzekł zgon

Już nie będzie błyskawicy
Co nawałnicę wróży
Ani róży
Wyglądającej
Jak po solidnej burzy

Zeus
Rzucając się z mostu
Światopogląd mój zburzył
No bo jak?!
Świat bez burzy?
I bez róży po burzy?
Wkurzył mnie tym
A jak się wkurzę
Burzę rozpętać potrafię
I czuję
Że zrobić to muszę

Rozładować napięcie
Rzucić gromem
Stać się Zeusem
Stać się następcą
Gromowładcy byłego
Rzucać piorunami
Grzmotami
Błyskawicami
We wszystko
I w każdego
A co?

Będę tak grzmocił
Całe dnie i noce
Póki sam się nie poślizgnę
I się nie wygrzmocę


środa, 18 stycznia 2017

Poradnik

Fruwając w przestrzeni
Wielkiego Internetu
Znalazłem darmowy
Poradnik dla poetów
Wytężam swe oko
I czytam ochoczo…

…Tak na marginesie
Napisz kilka słów
Niech żyją sobie z boku
Niech sobie będą tu
W razie potrzeby
Patrz na nie ukradkiem
Być może są  to słowa
Których brak jest czasem
Nie wykluczone, że
Oddadzą sens myśli
Sens tego, co właśnie
Autor
(Czyli Ty)
 Ma na myśli…

No dobra
Myślę sobie
Żeby był margines
Potrzebny jest mi zeszyt
Muszę zeszyt przynieść
Idę więc do kiosku
Kroczek po kroczku
A pod kioskiem
Dochodzę do wniosku

Że

Pod kioskiem
Nie czuję się bezpieczny
Pod kioskiem stoi liczny
Margines społeczny
Stołeczny – bym powiedział
W końcu to Warszawa
Czuję
Jak facjata ma
Staje się blada
Krew mi odpływa
Gdzieś na margines
I jak ja mam teraz
Zeszyt z kiosku przynieść?
Kiedy cała moja forsa
Zasila
Społeczny  margines
Cała mój kapitał
W ich winie teraz płynie
Które kupili
Za forsę
Którą mi złupili

Z marzeń o słowach
Na marginesie
Zostało tylko puste
Miejsce w mojej kiesie
Co robić w takiej chwili?
Myślę zasmucony
Już wiem
Znajdę w necie


Poradnik dla złupionych

sobota, 14 stycznia 2017

Stado

Wyrywa się ze mnie stado słów
Tylko nie wiem jakie
Słowo wstawić tu
Bizon, antylopa
A może hipopotam?
Tam stoi gazela
Tutaj wierzba szlocha
Są nawet ćmy
Śmierci szukają w lampach
Tam gdzie jest światło
Tam kończy się ich bajka
Uparte są
Jak osioł
Do światła uparcie lgną
Drzewa na wietrze
Jak węże się gną
Ok
Ale
Jakie słowo
Do wiersza wstawić zatem?
Nie wiem
Pomyślę
Póki co
Wstawię

Wodę na herbatę

wtorek, 10 stycznia 2017

Za jedyne dziesięć kilometrów

Nic na razie do powiedzenia
Bo dziesięć kilometrów biegu
Wszystko zmienia
Twórcze myśli
Ulatują
A mięśnie?
Nie wiem
Chyba się regenerują

Taka jest prawda. Większy wysiłek fizyczny i całe górnolotne myśli lądują gdzieś na miękkim podłożu. Na czymś w rodzaju zielonego, leśnego mchu albo miękkiego, przestronnego materaca z funkcją kojącego masażu pleców. Zastygają w oczekiwaniu na wzniosłą chwilę uniesienia się w górę. Jest tylko pytanie. Czy znowu się wzniosą? Czy się nie rozleniwią gdzieś w tym leżeniu?


Za jedyne dziesięć kilometrów



Znajomi normalnie wzięli się i pobiegli w Biegu Trzech Króli. Pięć kilometrów na minus siedemnastu stopniach jak na moje standardy to bardzo duży wyczyn i dlatego im pogratulowałem. Ale też pozazdrościłem. Tak pozazdrościłem, że następnego dnia o godzinie piątej rano wstałem z łóżka, ubrałem się i pobiegłem na dziesięć. Tak dla rozładowania zazdrości. I co? I nic, wyleciała ze mnie cała wena twórcza człowieka piszącego.

Nie wiem czy tak jest w każdym przypadku, ale w moim wysiłek fizyczny wysysa wenę, jak odkurzacz kłęby kurzu z najdalszych zakamarków pokoju. Albo ulatuje ta muza razem z potem i spalonymi kaloriami po to, żeby z czasem powstać, jak Feniks z popiołów i tworzyć kolejne zdania i rymy. Nie wiem. Ale wiem na pewno, że odkryłem w tym biegu pewne korzyści dla siebie, a jako typowy Polak, we wszystkim muszę widzieć korzyść, 

Jakie odkryłem korzyści podczas mojego prywatnego biegu na dziesięć kilometrów?



Gdy biegnę tworzę plastyczne obrazy, co pozwala zapomnieć mi o tym, że biegnę. Porównując świecące latarnie do drzew, świecących złotym blaskiem, doszedłem w swych rozmyślaniach do zielonej miejskiej dżungli, w której ludzie zamieniają się w lwy, tygrysy, antylopy i inne egzotyczne zwierzęta, pożerane jedne przez drugie w nieustającej, krwawej walce o byt. W walce, gdzie silniejszy wygrywa.

Oblodzone ławki porównuję do lśniących w blasku latarni wagoników kolejki linowej, ciągnącej gdzieś w stronę horyzontu, na którym wschodzi gorące, ogniste, żarzące się ostro pomarańczową barwą słońce. Zupełnie, jakby ognista pomarańcza budziła się do życia. A to przecież tylko zwykła, drewniana, oblodzona ławeczka, która w mej wyobraźni zabrała mnie gdzieś w okolice słońca. Takie biegowe halucynacje są, jeśli nie lepsze, to przynajmniej tak samo energetyzujące, jak dobra muzyka wpuszczona do duszy przez cienką kroplówkę słuchawek…

Te i tysiące innych mieniących się kolorami obrazów (uchwyconych w rozpływające się ramy) miga mi przed oczami, jak na pokazie slajdów z egzotycznej, kosmicznej trochę podróży. I to wszystko za jedyne dziesięć kilometrów (za jedyne dziesięć kilometrów – brzmi jak reklama znanego, wielkiego sklepu przeznaczonego nie dla kretynów) przebiegniętych w sobotni, mroźny styczniowy, poranek… Za dziesięć kilometrów, które przebiegłem kierując się zazdrością, jaka we mnie wezbrała, kiedy znajomi z grupy treningowej sobie - ot tak - przebiegli pięć kilometrów w największym mrozie na Biegu Trzech Króli…

…Bo w życiu trzeba się kierować zdrową zazdrością.

Nie wiem, czy po wysiłku fizycznym wracają twórcze myśli, ale wiem na pewno, że spokojnie mogą pojawić się w trakcie, wywołując całkiem przyjemne wizje, o jakich trudno marzyć nawet w najlepszym kinie 3D w mieście…


I wszystko za jedyne dziesięć kilometrów, dziesięć kilometrów, po których następuje błogi relaks.

czwartek, 5 stycznia 2017

Za czym wierzba płacze?

Nad czym i za czym  wierzba płacze? Odpowiedź na pierwszą część tego pytania może wydawać się banalna: Nad Ziemią, na której rośnie. A ja znam historię wyjaśniającą drugą część tej odwiecznej tajemnicy…




Człowiek, który poznał tajemnicę płaczącej wierzby



Ty, Jacek, za czym ta wierzba tak płacze? – pyta się Wacek pociągając łyk czerwonego wina ulokowanego w zielonej butelce. – Nie wiem – odpowiada Jacek – może nad nami. W końcu siedzimy dokładnie pod wierzbą. Łza płaczącej wierzby skapnęła do zielonej butelki delikatnie zaprawiając czerwone wino swoim słonym smakiem…

Ale nie – myśli sobie twórca tej historii – a gdyby tak w tej historii coś zmienić? A gdyby Wacek i Jacek wcinali pod wierzbą na przykład  owoce granatu, w których pestki tłoczą się obok siebie, niczym ziarenka piasku na gorącej plaży. Albo nie, nie granatu, może by wcinali banany wygięte w łuk. Wygięte jak powracające bumerangi w dalekiej Australii? Albo jak łuk Robina Hooda buszującego w zielonym lesie Sherwood.  A może po prostu by chowali się w cieniu wierzby przed palącym słońcem. Pod prysznicem z łez płaczki rozprawialiby na temat tajemniczego płaczu wiecznie szlochającego drzewa.  Serca by mieli tak gorące, że łzy wierzby od razu by zamieniały się w parę pod ich żarem…

No tak, pisarz możliwości ma wiele. Szuka, myśli, tylko wciąż nie zna odpowiedzi na pytanie, za czym wierzba, pod którą siedzą Wacek i Jacek, płacze. Sam postanawia zgłębić tą tajemnicę.

Podchodzi do wierzby tanecznym krokiem brekdancowca i głosem, którego pozazdrościł by Luciano Pavarotti i, na melodię „Nie płacz Ewka” Perfectu, pyta się:

– Wierzbo, za czym ciągły lament twój? Proszę powiedz mi. Wierzba patrzy na niego załzawionymi oczyma. Odpowiadając pytaniem na pytanie wydobywa z siebie nasączany smutkiem, łkający głos.
– A wiesz co mi obiecali?
– Nie wiem – odpowiada po dłuższym zastanowieniu pisarz. – A nie, wiem! – krzyczy, błyskawicznie niwelując swoją ignorancję – obiecali ci gruszki, gruszki na wierzbie!
– Otóż to, obiecali i jeszcze ich nie doczekałam. Cała moja tęsknota i żal jest właśnie spowodowana tą niespełnioną obietnicą. Obietnicą gruszek na wierzbie…

…– Ty, Wacek, albo to wino tak na mnie działa, albo mam jakieś przewidzenia. Widzisz?
– Co mam widzieć? – odparł Jacek przeciągającym się, zmęczonym głosem.
– Ktoś gruszki na wierzbie porozwieszał.
– Ano, i jakby nasze drzewko rumieńców nabrało. I chyba już nie płacze
– No to zdrówko za nie płaczącą już wierzbę!
– Zdrówko…

I tym pięknym sposobem wkręciłem Jacka i Wacka w dowcip, jednocześnie spełniając odwieczne oczekiwania wierzby. Powiesiłem na niej obiecane gruszki.


No proszę, a mówią, że pisarze to tylko fantazjować potrafią.

niedziela, 1 stycznia 2017

Sprawa całkiem przyziemna

Od rana w TV
Spiker do mnie krzyczy
Już za chwilę
Program przyrodniczy!
Pod redakcją pani Marlenki
Prosimy zostać z nami
To jej debiut wielki

(Jak to w TV
W nocy
W dzień
Nad ranem
Wracamy po krótkiej
Przerwie na reklamę…
…Trzy godziny później)


Dzień Dobry Państwu
Jestem Marlena
Nie używam mózgu
Bo mózgu nie mam
Wynika to
Z biologicznego prawa…
…Zapraszam na mój program
Pod tytułem „Jest sprawa”

W dzisiejszym programie

Sprawa grawitacji
(Przeszkadza w lewitacji
Oraz w awiacji)

Chcę zaprzeczyć prawu
Ciążenia powszechnego
Fruwanie mi się marzy
Pod chmury
Pod niebo
Niestety
Problem jest głęboki
Jestem pod ziemią

Pomykam chyłkiem
Pod ziemią, po ziemi
Chcę się wznieść
Choć na centymetr
Ale
Ktoś  mnie uziemił
Biedną
Ktoś sprawił, że jestem
Sprawą przyziemną
A chcę latać
Zaprzeczyć
Prawu ciążenia…

…Koniec

Program prowadziła
Dżdżownica Marlena…