poniedziałek, 31 października 2016

Tłusty (nie)czwartek

Rozmawiają dwa pączki; - Poszedłem na egzamin na studia – mówi jeden pączek. – I co, przyjęli cię? – odpowiada pytaniem drugi pączek. – No co ty! Pączka na studia?


Wchodzę do cukierni celem osłodzenia sobie życia i mówię – poproszę pół kilograma pączków na wagę (takich malutkich, wielkości piłeczek pingpongowych). Zdziwiona pani lekko się uśmiecha, mówiąc – nie wiem czy nawet tyle tutaj będzie. I faktycznie nie ma. Nakłada mi szpachelką wszystkie pączki, jakie zostały w pojemniczku. Po zważeniu tych pączków wychodzi niecałe trzydzieści deko. Po zjedzeniu okazuje się że, jak na moje możliwości konsumpcyjne, jest ich ciut za dużo. Ale, że co, że ja niby ich nie zjem? Z radością zaczynam pałaszować i…

Zostaję zgnieciony niesamowitą ilością kalorii. I chociaż są to kalorie puste, jest ich tak dużo, że spokojnie przyprawiają mnie o ból brzucha. Niby zwykłe, małe, niepozorne pączki wielkości piłeczki pingpongowej, a potrafią zakłócić moją żołądkową harmonię. Zburzyły spokój mojego żołądka zupełnie tak samo, jak szalejące tornado burzy spokojne osiedle jednorodzinnych domków powodując nieocenione straty. I zupełnie jak tornado, które znika bez śladu, zostawiając po sobie postapokaliptyczny obraz, tak pączki zniknęły bez śladu z mojego talerza, zostawiając po sobie obraz kłującego bólu brzucha. Obraz, na którymś ktoś namalował moją osobę trzymającą się za brzuch prawą ręką. Lewa ręka natomiast moja osoba wskazuje palcem na swoją skroń mówiąc: PO CHOLERĘ ZJADŁEM TYLE PĄCZKÓW?! ŻEBY TO CHOCIAŻ BYŁ TŁUSTY CZWARTEK! Eh, żeby to chociaż w ogóle był czwartek. A to był tylko piątek i to ostatni piątek października dwa tysiące szesnastego roku naszej ery. Eh, tak zmarnować niepowtarzalny dzień w historii świata…


Ale nie wszystko stracone. Zawsze, celem osłodzenia sobie życia, mogę wejść do cukierni.

piątek, 28 października 2016

Kot, który znalazł całą górę forsy

Jestem człowiekiem przeciętnym, nic nie osiągnąłem, nie mam za wiele do zaoferowania i dlatego nie będę mówił o sobie. Nie będę mówił, bo po prostu nie ma o czym… Powiem za to o kocie, który znalazł górę pieniędzy, o którego istnieniu dowiedziałem się od pewnego pana sprzedającego cukrową watę.


Pisząc o kocie, który znalazł górę forsy wpadłem na niesamowity pomysł stworzenia cyklu o tematyce finansowej. Ale czy to będzie cykl czy tylko jednorazowy wybryk kierowany spontanicznymi wynurzeniami i zasłyszanej historii o kocie, to dopiero się okaże…

O kocie, który znalazł górę forsy.

Był sobie kot. Nie był to jednak zwykły kot. Jego niezwykłość polegała na tym, że nie wiadomo czy nawet był ssakiem. Wykluł się on z czekoladowego jajka, a każde dziecko wie, że ssaki nie wykluwają się z jajka. Na dodatek wykluł się w częściach. Jakimś cudem został złożony do kupy przez szczęśliwego znalazcę. Niczym Pinokio przez Dżepettego, z tą różnicą, że Dżepetto stworzył Pinokia od podstaw, nasz kot natomiast składał się z półproduktów, które trzeba było dopiero złożyć w jedną, dobrze funkcjonującą całość.  Jajko, z jakiego się wykluł było jajkiem niespodzianką wyprodukowaną przez znaną, chyba niemiecką, firmę, a kto go złożył – nie wiadomo . Tak oto nasz kot otrzymał powołanie, powołanie do życia…

Brykał, hasał nasz kot, biegał, skakał, muchy łapał i, niespodziewanie, gdzieś pomiędzy skalnymi głazami natknął się na górę forsy ukrytą w przezroczystym naczyniu.

Jak się potoczyła historia znalezionego przez kota skarbu? Tego nie wie nikt oprócz pana z watą cukrową. Powiedział mi on, że nie może wyjawić mi tego sekretu. Za to obiecał mi, że jeśli jeszcze raz przyjdę do niego na watę cukrową, zdradzi mi tajemnicę mówiącą o tym, jak zbudować piramidę finansową przynoszącą same korzyści?