wtorek, 30 sierpnia 2016

Najlepszy lek na brak celu w życiu.

Z góry informuję, że ten tekst nie ma ani grama wartości, ma tylko jedną praktyczną poradę i kilka zdjęć podkradzionych z karty pamięci mojego aparatu kompaktowego. 

A dlaczego by nie napisać o tym, że na turystyczny szlak pieszy pod Tomaszowem Mazowieckim wyruszyłem? Po prostu się nie bałem i plecak spakowałem. Nie był to daleki szlak, w sensie, że nie był daleki od domu, ale, jak to mówią, liczy się zajawa, a nie wielka sprawa. A ja akurat złapałem zajawkę na przejście drogi, której nigdy jeszcze nie przeszedłem. Drogi z Tomaszowa Mazowieckiego do Spały.



No więc wyruszyłem na turystyczny pieszy szlak z Tomaszowa Mazowieckiego do Spały i pierwsze, co chcę zrobić po przejściu szlaku, to złożyć podziękowania wszystkim, którzy odwalają kawał dobrej i przydatnej roboty malując takie zielonobiałe znaczki.

Te znaczki całkowicie zmieniają jakość życia, bo dzięki tym znaczkom, człowiek, taki, jak ja, wie, dokąd iść. Dzięki tym znaczkom mam jasno wytyczoną drogę do celu. Chwała tym, którzy malują te znaczki i chwała tym, którzy przenoszą oznaczoną tymi znaczkami trasę na papierową mapę, będącą najlepszym i najłatwiej dostępnym lekarstwem na brak celu w życiu. 

Mapa papierowa jest najlepszym i najłatwiej dostępnym lekarstwem na brak celu w życiu. Bierze sobie człowiek taką mapę do ręki, zaznacza cel, do którego chce dojść i już zna odpowiedź na jedno z najbardziej znanych pytań w polskiej literaturze; Quo Vadis człowieku? Quo vadis?


O co nie chodzi w szlaku pieszym?


W szlaku pieszym nie chodzi o to, żeby go przejść, to też, ale o to, żeby nim iść. Być w ciągłym ruchu. Zgubić się gdzieś pomiędzy lasem a wsią, widoczną dopiero po maksymalnym zbliżeniu na Google Maps. Widoczną dopiero wtedy, jak się w niej człowiek znajdzie. Iść terenami nieznanymi i czuć pod stopami podłoże ugniatane podeszwami trekingowych butów. Widzieć miejsca, których nigdy się wcześniej nie widziało. Odkrywać, odkrywać, odkrywać...


Wczoraj, będąc na szlaku widziałem(musicie mi wybaczyć jakość zdjęć, ale ostatnimi czasy uczyniłem moje życie, nie biorąc ze sobą lustrzanki na krótkie wycieczki, lżejszym o jakieś półtora kilo, ) miejsca białe, jak śnieg. Białe, jak arkusz czystej, gładkiej kartki.
Dodaj napis


Widziałem też wodę tak przejrzystą, że wyglądała, jak perfekcyjnie wypolerowana szyba, wkomponowana  idealnie w nierówność terenu. Gdyby nie pływające po niej białe i szare łabędzie, myślałbym, że to dzieło szklarza, a szkło wypolerowała sama Perfekcyjna Pani Domu. Były to tak zwane NIEBIESKIE ŹRÓDŁA, wzięte swoją nazwę od błękitnej substancji wypływającej wprost z dna tych urzekających oko sadzawek. Nie będę mówił o spokoju, ciszy i chłodnym, orzeźwiającym powietrzu, delikatnie wpływającym w płuca. 



Po drodze znalazła się nawet chatka z którejś ze znanych bajek, nie pamiętam tylko z której, z Kubusia Puchatka czy z Kapturka Czerwonego. A może to chatka Baby Jagi? Nie, ta Baby Jagi stoi na kurzej stopie i, z tego, co pamiętam, jest chyba z jakiś słodyczy zrobiona…


Znalazłem nawet dowód na istnienie czarnej dziury. I nie w kosmosie, ale tu na Ziemi. Ta czarna dziura ma 355m długości. Nie omieszkałem w nią wejść, jak widać wyszedłem z niej żywy. Nawet się dowiedziałem po drodze, że to niemiecki schron kolejowy, do którego wjeżdżał kiedyś cały pociąg sztabowy Hitlera. 


Przygody też się zdarzają. Czasem ktoś, jak zdarzyło się to mi, na chatę cię zaprosi na kanapeczkę. Może nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na kanapeczkę zaprosił mnie 73 letni, całkiem dziarski, dziadek, który na moje pytanie: NIE BOI SIĘ PAN OBCYCH DO DOMU ZAPRASZAĆ? Odpowiada: NAJWYŻEJ MNIE PAN ZASZLACHTUJE.


…Wchodzę do starszego pana na chatę. Parterowa, elegancko wykończona, porządek nienaganny. Dopiero teraz przechodzi mi przez myśl, że właściwie to ten pan może mnie zaszlachtować. Staruszek częstuje mnie kanapką z szynką. Częstuję mnie ogromną kanapką z szynką. Częstuje mnie kanapką z szynką większą, niż wszystkie moje wyobrażenia o kanapce z szynką, otrzymaną w prezencie od nieznajomego starszego pana w jego własnym domu. A moje wyobrażenia o kanapce z szynką otrzymaną od nieznajomego starszego pana u niego na chacie  to: WIELKA, JAK OCEAN SPOKOJNY,  PAJDA CHLEBA I TYLE SZYNKI, ŻE MOŻNA BY TĄ SZYNKĄ TEN OCEAN SPOKOJNY PRZYKRYĆ. Ta pajda JEST większa, niż moje oczekiwania, bo to dwie wielkie, jak Ocean Spokojny, pajdy chleba złożone w podwójny SANDWICH. Przeplatane szynką i niewyobrażalną ilością masła marki MASŁO. Rozmawiamy chwilkę na tematy intymne… wychodzę, żegnam się, gorąco dziękuję, bla, bla, bla. Najważniejsze, że było fajnie, ciekawie, miło i smacznie. I nie była to zagrywka w stylu PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA albo do, Bóg wie, czego jeszcze…


Najlepsze było to, że ów starszy Pan pojawił się w momencie, kiedy poczułem niewidzialną rękę głodu ściskającą coraz mocniej mój żołądek, a ja nie miałem akurat żadnego prowiantu. I nie był to żaden mały głód z reklamy znanego serka, którego nazwa zaczyna się na D. To był nienasycony, potwornie wielki głód, pożerający łapczywie wszystkie pokłady mojej energii. Na szczęście skutecznie zabiłem go kanapką z szynką ofiarowaną mi przez starszego pana…

PS. Żeby nie było, na co dzień mięcha nie jem, ale przecież nie będę wybrzydzał, jak częstują…


No więc, reasumując i wracając do szlaków; turystyczne szlaki piesze są cudowne. Są widoki, miejsca, nieoczekiwane zwroty akcji i... ruch. Ciągły ruch dający poczucie sensu i celu, do którego się zmierza. Każdy szlak jest warty uwagi, nawet ten niewarty uwagi. 

Czasami nawet, na koniec wędrówki, można się położyć na takim np. zielonym dywanie. 


Jak na niego spojrzałem, to od razu wiedziałem, że jest rozłożony specjalnie dla mnie. Może to nie jest dywan perski, ale nasz. Nasz polski dywan rozłożony pod naszym polskim niebem. Tylko czy istnieje coś takiego jak polskie niebo? Bo to tej pory słyszałem tylko opinie, że istnieje polskie piekiełko. Nie wiem, w sumie mało mnie ten podział interesuje, w moich oczach i tak niebo jest zazwyczaj błękitne. A, jak to śpiewał wokalista Golden Life "oprócz błękitnego nieba, nic mi więcej nie potrzeba"


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Zachowaj spokój, a wszystko będzie ok

Piątek, godzina 23:56

Rzucam się na łóżko mięciutkie, jak wata. Zapadam się w nie, jak zachodzące słońce w horyzont. Już luźno gawędzę z bogiem snu, gdy nagle, niespodziewanie, ogromna dłoń rzeczywistości chwyta mnie, przenosząc na powrót do mojego pokoju. Obudzony przez wrzeszczący dzwonek, obwieszczający, że ktoś się dobija do drzwi mojego mieszkania, podnoszę się i, z gracją lunatyka, zmierzam do wizjera. Patrzę przez Judasza i… nic, zupełnie pusto.

Jednak boję się otworzyć drzwi – może ktoś się czai za rogiem ukrytym poza strefą kontrolowaną przez szklane oko Judasza patrzące na schodową klatkę. Drżącą ręką upewniam się, że zamknąłem drzwi na wszystkie spusty. Przekręcam chłodną, metalową gałkę Gerdy do oporu – zamknięte. Ogarnia mnie spokój.

Wracam do miękkiego, jak wata łóżka, kładę się i… ktoś lub coś drapie w okno. Dźwięk szorowania ostrym narzędziem o szybę. Uspokajam się widząc za szybą cwaną mordkę Henia – mojego kota. Odkąd mieszkam na parterze, Henio urządza sobie wycieczki idąc tam, gdzie go tylko oczy poniosą.

Otwieram okno – chodź Heniu, chodź – wołam rudo białego kociaka i Henio wchodzi. Wchodzi, ale nie sam, za Heniem pojawia się zamaskowana postać z wymierzonym we mnie pistoletem w prawej dłoni. Metaliczna spluwa lśni metalicznym błyskiem odbitym od światła emitowanego przez nocną lampkę. W lewej dłoni postać trzyma białą tekturę z czerwonym napisem ZACHOWAJ SPOKÓJ, A WSZYSTKO BĘDZIE OK. Gestem obutej w czarną rękawiczkę ręki, postać mówi mi; cofnij się, cofnij się. Czuję przypływ hormonu strachu. Serce bije mi coraz szybciej. Przyśpiesza wprost proporcjonalnie do każdej nanosekundy. Za plecami zamaskowanej postaci pojawia się kolejna zamaskowana postać. I jeszcze kolejna i jeszcze kolejna. Jest ich około tuzina. Około tuzina zamaskowanych, czarnych postaci wchodzi właśnie do mojego mieszkania razem z moim kotem. Ostatnia z nich niesie średniej wielkości, szary karton. Otwiera go i…

Rozlega się okrzyk całej zamaskowanej grupy: NIESPODZIANKA PAWLE!!! STO LAT!!!

Zaskoczony uświadamiam sobie, że jest po północy, a ja obchodzę właśnie 34 urodziny. Oddycham z ulgą…


Wszyscy po kolei składają mi życzenia i nikt nie widzi, że cwany kociak Henio, ze smakiem pałaszuje ukryty w kartonie, tort czekoladowy…