poniedziałek, 14 marca 2016

Dlaczego warto kolekcjonować dobre wspomnienia?

Co czujesz, kiedy po wielu latach przeglądasz stare fotografie, prezenty, pamiątki? Kiedy czytasz pisane przez siebie pamiętniki? Rozpływasz się w sentymencie do minionych lat, które nigdy już nie wrócą? Odczuwasz bezpowrotność  ulotnych chwil? Ja sam, pisząc te słowa, wspominam czas, kiedy wszystko było takie proste, fajne, pachnące zabawą i niczym niezmąconą radością.




Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Ale warto dbać o to, żeby się nie kończyło, żeby trwało w pamięci jak najdłużej. Żeby wspomnienia minionych dni zostały utrwalone na zawsze. Żeby został po nich ślad w postaci słowa, fotografii, czy choćby przedmiotu przypominającego o tym, co było i już nie wróci. Nie wróci, bo, jak napisała Wisława Szymborska – „Nic dwa razy się nie zdarza” albo, idąc za słowami Heraklita z Efezu – „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”

Jeśli chodzi o mnie, wspomnienia zachowuję tutaj, na Słowem Przez Życie, w postaci elektronicznego pamiętnika. Mam zamiar też niektóre zdjęcia wywołać na papier i zabezpieczyć je w ładnym albumie. Tak, żeby zostały na lata, żeby wspomnienia mogły być namacalne nawet po upływie stu lat. Już sobie wyobrażam, jak za kilka dekad przeglądam kilkudziesięcioletnie fotografie. A tymczasem…

Wspomnienia z dnia wczorajszego – dnia wypełnionego dobrym, wegańskim jedzeniem, słońcem i rześkim powietrzem ostatniej w tym roku, zimowej, a jednak już trochę wiosennej, niedzieli.


Zaczęło się niewinnie. Skończyło… to powiem na końcu ;-) Wylądowałem na Wielkanocnym śniadaniu wegańskim. Wielkanocne wegańskie śniadanie to dosyć osobliwa inicjatywa, bo weganizm jest stylem życia polegającym na wykluczeniu z diety mięsa, jajek i nabiału. A Wielkanoc bez jajek… no właśnie. Jednak przekąski okazały się wyśmienite.




Są miejsca, są chwile, są ludzie, których możemy już nigdy na swojej drodze nie spotkać. Ale zatrzymując nanosekundę życia, możemy zatrzymać ich w sercu i na elektronicznej kliszy. Tak też wczoraj uczyniłem…








A na końcu,  zapisując wspomnienie powrotu do domu piękną ulicą Andrzeja Struga, wsiadłem do autobusu linii osiemdziesiąt i pojechałem do miejsca, gdzie stoi me łóżko i niewyobrażalna ilość ciszy. Pojechałem do domu powspominać chwile minionego dnia.



Wracając do głównego tematu: Dlaczego warto kolekcjonować dobre wspomnienia?



Chociażby dlatego, żeby po latach z łezką sentymentu móc wspomnieć czas napawający radością. Bo dopiero po czasie można docenić moc zdarzeń, której nie docenia się teraz. Po czasie wszystko wygląda inaczej, piękniej i ciekawiej. Zawsze można też powiedzieć: kurczę, jaki ja wtedy głupi byłem. Albo że to były piękne dni, naprawdę piękne dni i w ogóle piękne czasy.

Daj słowo (By żyło się raźniej #7)

Daj słowo
Ostatnie mam.
No daj.
Nie. To moje ostatnie słowo

środa, 2 marca 2016

Niewidzialna ręka opatrzności

Wszystko przemija i właśnie dlatego chcę Ci opowiedzieć o czymś, czego za kilka lat, miesięcy, a nawet dni może już nie być. Chcę Ci powiedzieć, że…


Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, w dawnej, podłódzkiej wsi zwanej Kochanówką, stoi chatka. Mieni się zielonością obrastającego ją mchu. Emanuje pomarańczowym ogniem starej, palonej cegły.  Stoi zupełnie z boku pominięta nawet przez Google street view. Patrzę się na nią i mam wrażenie, że wyzwoliła się z zaciskającej się pętli czasu, jednocześnie w niej tkwiąc. 


Nie jest duża. Nie jest zarejestrowana, jako zabytek. A nawet, jeśli jest, nie widać tutaj bytności zwiedzających. Jedynym zwiedzającym jestem ja. Nie jest zabytkiem,  a jednak wygląda, jak zadbany skansen. Dba o nią Niewidzialna Ręka Opatrzności. Niemal czuję jej dotyk. Widzę efekty jej działalności.



Na starych gruzach można zbudować coś nowego. A jeśli nie można, zawsze można z niego zrobić artystyczną mieszaninę cegieł i kamieni. Porozrzucane po przyległym terenie gałęzie i opony można elegancko skomponować według kategorii. Tak właśnie czyni Niewidzialna Ręka Opatrzności, a ja efekty jej pracy utrwalam na elektronicznej kliszy czarnej lustrzanki. Od dzisiaj już wiem, gdzie mogę przyjść i kamień z serca zrzucić.


Zaglądam przez szybę do wytapetowanego wnętrza kryjącego historie ludzi niegdyś zamieszkujących chatkę. Wyobrażam sobie, jak tu jedli, pili, czytali, dziergali na drutach. Rozstrzygali rodzinne kłótnie godząc się za każdym razem. A może historia nie miała tak pogodnego zakończenia? Wszystko pozostaje w sferze wyobraźni. Dotykam chłodnej szyby, chłonąc tajemniczą atmosferę miejsca. Naciskam spust migawki aparatu. Czarna skrzynka zapisuje obraz, którego za kilka lat może już nie być w tym miejscu. 


Oczywiście  nie może zabraknąć dalekobieżnego selfie. Mój przyjaciel na trzech nogach dalej zwany statywem, pomaga mi w tym przedsięwzięciu. Co ja bym bez niego zrobił? Jest niezastąpiony.


Teraz zostawię Cię na chwilę sam na sam z chatką i towarzyszącymi jej budynkami.








Nie wiem, do kiedy chatka stojąca w podłódzkiej Kochanówce, będącej już częścią Łodzi, będzie zaszczycała okolicę swoją obecnością. Ja w każdym razie trzymam kciuki i mam nadzieję, że Niewidzialna Ręka Opatrzności będzie dbała o nią należycie, a ja, z pomocą czarnej skrzynki aparatu, spróbuję ocalić ją od zapomnienia…