wtorek, 23 lutego 2016

Reklama (Opowiadanie #5)

Film, jaki właśnie oglądam, brutalnie i niespodziewanie przerywa blok reklamowy

Wielki ptak leci ponad dębowym lasem. Ma długi, pomarańczowy dziób, długie nogi w tym samym kolorze i wielkie biało-czarne skrzydła. Nie wiadomo, jakiego jest pochodzenia, ale żaby w jego jadłospisie mogą sugerować, że jest Francuzem. Macha skrzydłami, co sił. Napędzany głodem frunie ku najbliższemu punktowi gastronomicznemu. W końcu dostrzega wielki, samotnie rosnący, stary dąb z przyczepionym  wielkim banerem krzyczącym:  FRANCJA. FRANCUSKIE SMAKOŁYKI U MONIKI. 

Obniżając stopniowo lot, ląduje tuż przed mieszczącą się w dziupli restauracją. Podchodząc do dziupli, z przyjemnością stwierdza, że obsługująca lokal Monika jest… żabą. I choć wygląda kusząco, nie zmienia to faktu, że Monika jest podstawowym składnikiem jego jadłospisu. – Co podać? – pyta żaba Monika – A co jest? – pyta bocian Filip…

Dźwięk domofonu odczarowuje magię lecącej na czwartym kanale reklamy. Ociągam się z podniesieniem słuchawki. Z nikim się na dziś nie umawiałem. Pies ujada i piszczy psim altem. Pewnie myśli, że pizzę dowieźli albo goście idą i będzie znowu kogo poślinić…

Podnoszę słuchawkę i… cisza: limit czasu na podniesienie słuchawki został przekroczony. Nie zdążyłem usiąść na miękkiej sofie, gdy dzwoni dzwonek do drzwi. Podchodzę lekko poirytowany, zerkam przez wizjer, otwieram drzwi i… wszystko jasne: Świadkowie Jehowy. 

Z uprzejmością dziękuję za rozmowę, zabieram podarowane mi  materiały, zamykam drzwi i wracam przed telewizor. Oczywiście wszystko trwało za krótko, żeby blok reklamowy się skończył. Widzę, że reklama FRANCUSKIE SMAKOŁYKI U MONIKI leci ponownie. Czekam na moment, w którym żaba mówi…

…- Co podać? – pyta żaba Monika. – A co jest? –pyta bocian Filip, kręcąc nosem, wietrzącym smakowity obiad. – No - mówi żaba Monika – oprócz mnie, to nic. 
– E, to idę do Lidla – mówi z rozczarowaniem Filip – tam trwa francuski tydzień.

Francuski tydzień w Lidlu – Więcej niż Francja! – Energicznym sloganem kończy się reklama znanej sieci handlowej...

Ale lipna reklama - sobie myślę, przeglądając podarowane mi przez Świadków Jehowy materiały edukacyjne. Wieszczą sto pięćdziesiąty ósmy koniec świata jeszcze w tym roku. Kanał czwarty wznawia brutalnie przerwany blokiem reklamowym film. Zagłębiam się w seansie





sobota, 20 lutego 2016

Księżniczka (By żyło się raźniej #6)

A na wieży księżniczka uwięziona
Co sił do niej biegnę
Dam jej kwiaty z wazona
Wyciągnę ją z paki
Bo jeszcze skona


Za oknem (By żyło się raźniej #5)

Siadam na tronie
Spoglądam za okno
Za oknem biało
Za oknem mokro
Zamokło wszystko
I wyblakło
Zmieniam tron na krzesło
Okno na laptop

niedziela, 14 lutego 2016

Walentynki 2016. (Opowiadanie #4)

Szła dzieweczka do laseczka i… ugodziła ją strzała. Strzała zatrutej miłości do pierwszej osoby, jaką spotka na swojej drodze. Tak się złożyło, że lasek, do którego dzieweczka zmierzała, Leśniczy nazwał  Rajem. W Raju spotkała Adama i poczuła do niego niepohamowany przypływ miłości. Sama nie przypadkiem miała na imię Ewa.  Hormony pożądania szarżowały w niej we wszystkich kierunkach świata. Produkowane w niekontrolowanych ilościach, kierowały jej ognisty wzrok na roznegliżowanego mężczyznę. Owładnięta wszechogarniającą miłością do Adama, podarowała mu jabłko, przyniesione nie wiadomo skąd przez ogromnego węża. Oczywiście Adam zjadł jabłko z największą przyjemnością…

Leśniczy jednakowoż z powodu złamania regulaminu(W raju nie wolno było jeść jabłek) wygonił z Raju Adama i Ewę.

– To może skoczymy do najbliższego sadu? – spytała Ewa, odrzucając do tyłu swoje lśniące, kruczoczarne, długie włosy, które kusząco opadły jej na plecy. Popatrzyła na Adama wzrokiem dzikiej, nieokiełznanej kocicy, ciągnąc dalej ciepłymi słowami. – Byśmy jeszcze jabłuszek narwali. Czerwonych, takich al dente. O soku słodszym, niż prawdziwy pszczeli miód. Pochrupalibyśmy troszeczkę. Adam spojrzał na Ewę, jak na głupią. – Co ona bredzi? – pomyślał. – o czym ona do jasnej ciasnej mówi? I dlaczego przygląda się mi, jakby chciała mnie zjeść.

Cichy szum rozmyślań Adama przeszył świst trafiającej go prosto w serce strzały. Zza zielonego drzewa spoglądał na niego Eros. – Hahahaha! – śmiał się w głos. – Trafiony zatopiony! – pisnął wysokim altem po czym odleciał, machając malutkimi skrzydełkami i śmiejąc się w głos. Strzała rozpłynęła się w powietrzu zostawiając w sercu Adama czystą esencję zatrutej miłości do Ewy. – Pewnie… – rzekł patrząc na Ewę, doznając jednocześnie skoku ciśnienia. Motylki w brzuchu Adama zagrały  marsza. Poczuł wiosnę czternastego lutego, dwa tysiące szesnastego roku. – Pewnie, że tak. Z największą przyjemnością pójdę z tobą po jabłka do najbliższego sadu…

Szli, trzymając się za ręce, podziwiając niezaludniony jeszcze świat. Adam, trzymając  w lewej dłoni zrobione z trawy kółko zaręczynowe w rozmiarze dwanaście, klęknął, by zadać całkiem rzeczowe pytanie. – Ewo, wyjdziesz za mnie? Ewa zastanawiając się, patrzyła Adamowi w oczy płonące pożądaniem i dała się ponieść myślom. Przenosząc wzrok,  zatrzymując go gdzieś na odległym, białym obłoku, płynącym przez oceanicznie błękitne niebo, odpowiedziała z ogromną radością, werwą i podekscytowaniem: OCZYWIŚCIE, mój słodki – OCZYWIŚCIE, że za Ciebie wyjdę. Czekam na to pytanie od dwóch godzin. Rzuciła mu się w ramiona obdarzając siarczystym buziakiem…

W stanie narzeczeństwa, cali w skowronkach, doszli do sadu, który okazał się pustym sadem pozbawionym owoców. 

– Dlaczego ten sad emanuje golizną drzew? – zapytała Ewa, lustrując brąz bezlistnych jabłoni. Adam popatrzył nerwowo, wzruszył ramionami. – Może dlatego, że jest połowa lutego - odparł. – Aleś Ty mądry mój misiu pysiu. – Kocham Cię! – Ja Ciebie też – rzucił Adam wyświechtaną przez wykonawców muzyki disco polo frazę. – No trudno, musimy się obejść bez soczystych jabłek…

Na dorodnym, białym rumaku, podjechał leśniczy z Raju. – Udzielę Wam teraz ślubu, byście mogli legalnie zaludniać Ziemię – rzekł tonem nieznoszącym sprzeciwu – spocznie na was ciężar utrzymania ciągłości gatunku ludzkiego. Oczywiście nie mieli nic przeciwko temu…

Po wszystkich ceremoniach Adam pyta leśniczego. – Panie, ale jak my sobie poradzimy z taką ilością potomstwa? – To proste – odparł Leśniczy z Raju, z którego ich wygonił. W kodeksie ludzkości przewidziałem ustawę pięćset plus. Dostaniecie po pięć stów na każdego bachorka co miesiąc, dopóki nie ukończy osiemnastego roku życia. Machnął magiczną różdżką, kreując na poczekaniu wypasiony dom dla młodej pary. Przy okazji stworzył też market ze wszystkimi rzeczami świata… No, to do pracy. Ja idę tworzyć lepszy świat, a wy czyńcie swoją powinność. Oddalił się, znikając w unoszącej się nad czarną ziemią mgle… 

Nagle powietrze przeszył świst, Leśniczego dosięgła strzała miłości wypuszczona przez przelatującego Erosa. Zawładnęło nim uczucie, którym obdarzy pierwszą spotkaną na swojej drodze kobietę…

Adam i Ewa żyli długo i szczęśliwie ;-)
  


czwartek, 11 lutego 2016

Jak słowa i historie poprawiają samopoczucie?

Słowa puszczone w eter, przelane na papier czy wypowiedziane w towarzystwie psychoterapeuty, psychologa, czy nawet przyjaciela, leczą. To działa - gdyby nie działało, to całe rzesze ludzi nie korzystałyby z usług psychoterapeutów, u których podstawą terapii jest słowo mówione. Gdyby słowa nie leczyły, ludzie nie odczuwaliby potrzeby wygadania się. Nie czuliby potrzeby opowiedzenia swojej historii.


Historie poprawiają humor


Któregoś razu siadam na miękkiej sofie. Właściwie to się kładę. I gdy tak leżę owładnięty ciepłymi ramionami relaksu, zaczynam snuć historię. Zaczyna się w zielonym, dębowym lesie. Uciekam przed chmarą kolorowo odzianych ludzi, krzyczących coś do mnie w niezrozumiałym języku. Serce mi skacze, jak meduza na wybojach. Ich napięte łuki emanują bielą napiętych cięciw…

Nie pamiętam, jak się ta historia skończyła, chyba niezbyt błyskotliwie, ale wystarczyła, żebym poczuł się lepiej. Żebym zapomniał o troskach tamtego dnia. Dlaczego? Bo tu nie chodziło o wymyślenie genialnej historii. Chodziło o radość wymyślania, o zabawę słowem, o czysty akt tworzenia czegoś, co nigdy nie miało miejsca.

Metoda wolnych skojarzeń


Z czym ci się kojarzy słowo relaks? Albo słońce? Mnie te dwa słowa kojarzą się z latem, morzem, ognistą kulą i piosenką w której wokalista śpiewa: „Słońce świeci nad nami, ogrzewa nasze nagie ciała promieniami…” Ale z czymkolwiek by ci się nie kojarzyły, zawsze będą przywodziły na myśl jakieś wyobrażenia. Dlaczego o tym mówię?

Mówię o tym, bo chcę, żebyś wiedział, że za każdym spontanicznym wyobrażeniem kryje się głębszy psychologiczny motyw, kierujący twoim postępowaniem. Brzmi to górnolotnie, ale tak właśnie jest.

Przypomniało mi się jak…

Dawno, dawno temu, na obozie letnim w miejscowości o nazwie szybko ulatującej z pamięci, ktoś zapodał zabawę w „Garnek”. Idziesz drogą i… znajdujesz garnek. Zabawa polega na tym, że masz opisać drogę i garnek. A teraz opisz, jak wygląda przemierzana przez ciebie droga i znaleziony na niej garnek.

Ogólnie chodzi o to, że twój opis drogi jest metaforycznym opisem twojego życia, a opis garnka opisuje twoje życie uczuciowe. Jak to się ma do opowiadania historii?

Każda historia układana przez ciebie spontanicznie, wyrażona metodą wolnych skojarzeń, będzie odzwierciedleniem myśli koczujących w twojej podświadomości. Tak spontanicznie wypowiadane słowa, naturalnie układane historie, uwalniają troski i radości zakorzenione gdzieś głęboko w duszy. Im dłuższe fabuły tworzysz, tym głębsze pokłady ukrytych myśli poruszasz. Zupełnie, jak u psychoterapeuty. Nawiązujesz dialog z samym sobą uwalniając głęboko zakorzenione, ukryte obrazy. Myślę, że w ten sposób powstawały mity i baśnie ludowe.


No więc, o czym chciałbyś opowiedzieć? Jaka jest twoja historia?

Dyrektywy (By żyło się raźniej #2)

Zwierzam się wam, w co sam nie dowierzam 
Zamierzam wykonać dyrektywy pęcherza 

Wynurzenia przy herbacie stojącej na blacie

Na śmierci łonie (By żyło się raźniej #1)

Szekspir rzekł na swym śmierci łonie
Paluszki robią dobrze...
Ale tylko słone

środa, 10 lutego 2016

Uwięziony (Opowiadanie #3)

O szóstej rano w niedzielę wsiadam do windy, targając z piwnicy dziesięciolitrowy balon czerwonego wina własnej roboty. W domu w piekarniku piecze się sernik. Przygotowuję obiad z deserem dla dwojga, przewidziany na trzynastą.  Za około siedem minut mam wyłączyć piekarnik i wyjąć ciasto. Nie boję się, że przypalę; przywiezienie wina z piwnicy zajmie mi góra trzy minuty – tak myślałem, wychodząc po wino do komórki…

Na parterze, w drodze powrotnej do mieszkania, do windy wraz ze mną wsiada sąsiad alkoholik. Widzę, że jest w stanie koniecznego upicia się. Czuję zapach sfermentowanego alkoholu i zatęchłego ubrania. W ręku trzyma opróżnioną butelkę po piwie. Znalazłem ją przed klatką i zamierzam odzyskać za nią kaucję – mamrocze. Widząc, że do piersi tulę dziesięciolitrowy balon wina, ożywia się, wietrząc okazję do darmowego napicia. Drzwi zamykają się z cichym szumem. Winda rusza wioząc nas na ósme piętro.

– No  to napijmy się – mówi. –  Nie mogę, to wino przeznaczone na romantyczne spotkanie z drugą połówką – odpieram asertywnie – mam nadzieję, że nie myśli o wódzie – dodaję sobie w duchu. Widzę, że nie jest z tego powodu zadowolony.

No i stało się: winda zacina się. Oczywiście sąsiadowi nie przeszkadza to w coraz nachalniejszym wyłudzaniu ode mnie wina. Słysząc moje asertywne odmowy, w desperacji tłucze butelkę o ścianę, robiąc z niej przysłowiowego tulipana. Odłamki szkła sypią się z głuchym łoskotem. Poszarpane ostrze zbitego szkła błyska złowieszczo.

– Kurwa mać! – przeszywa mnie zachrypnięty, przepity baryton sąsiada – ze mną się kurwa nie napijesz?! – krzyczy wymachując tulipanem.

Winda stoi nieruchomo, jak upalne powietrze w bezwietrzny dzień. Chyba właśnie zaczynam rozumieć, czym jest mieszkanie z alkoholikiem pod jednym dachem. Bojąc się o własne życie i zdrowie, ulegam sugestywnym prośbom i tulipanowym argumentom. Piecze mnie myśl o włączonym piekarniku i serniku, który chyba właśnie powinienem wyjmować.

- No dobra, ale tylko trochę -  mówię, siląc się na spokój i zdobywając pierwsze i, mam nadzieję, ostatnie doświadczenia w byciu negocjatorem. – No, to to ja rozumiem – chrapie pod nosem sąsiad, odkładając tulipana na podłogę. Na podłogę stawiam też balon z winem.

Patrzę z zażenowaniem, jak mój windowy towarzysz wyjmuje z wewnętrznej kieszeni starego, znoszonego garnituru kieliszek od wódki.

– To musi być chyba jakiś niezbędnik alkoholika – myślę sobie – tak, jak narkomani noszą z sobą lufki, łyżki, strzykawki i Bóg wie, co jeszcze, tak alkoholicy noszą ze sobą kieliszki. W sumie co mnie to obchodzi? Ciekawe co z sernikiem? Czy kiedyś ktoś wypuści mnie z tej windy? Wciskam kilkakrotnie guzik alarmu.

Jak na mój zmysł tkwię na tej pijackiej imprezie z dobre piętnaście minut. Jak dla mojego, pewnie już zjaranego sernika, to stanowczo za długo. Z zamyślenia wyrywa mnie brzęk tłuczonego z wielkim hukiem szkła.  Zapach wina rozlewa się po malutkiej windzie, mój biały dres pokrywa się czerwonymi kropkami krwistego trunku.

- Kurwa! – klnę bez wyrzutów sumienia – tego tylko brakowało. Pół roku czekania i doglądania poszło się…  Sąsiad też się wkurzył, chwycił butelkowego tulipana trzęsącymi się dłońmi i cisnął nim we mnie co sił, obwiniając mnie za swoje delirium słowami bardziej siarczystymi, niż siarka. Rzucam się na podłogę prosto w rozlane wino wymieszane z białym szkłem rozbitego balonu, tym samym unikając miażdżącego ciosu prosto w oko. Kuląc się w pozycji embrionalnej, słysząc huk rozbijanej butelki i czując na plecach kawałki spadającego na mnie szkła, słyszę metaliczny szczęk otwieranych drzwi windy. W drzwiach, jakieś pół piętra nade mną, stoi pracownik działu technicznego mieszkaniowej spółdzielni. Nie wiem, co podsuwa mu wyobraźnia, kiedy patrzy na rozbite szkło, rozlane po podłodze czerwone wino i moją osobę w pozycji embrionalnej po środku tej krwawej kałuży. Nie wiem, w jaki sposób, bełkoczący coś sąsiad alkoholik dopełnia mu tę wizję ale, jeśli chodzi o mnie, dla mnie pracownik spółdzielni jest Jezusem, zmaterializowanym cudem. Zabrakło tylko magicznej sekwencji SEZAMIE OTWÓRZ SIĘ, wypowiedzianej tuż przed jego magicznym objawieniem.   

Panie! – krzyczę do mojego Jezusa, podnosząc się z podłogi – nikomu nic się nie stało, wszyscy żyją, to tylko czerwone wino, a mnie się sernik przypala o pół godziny za długo, więc przepraszam, ale muszę pędzić wyłączyć piekarnik! Odbijając się z podłogi, wskakując na błogosławioną beton czwartego piętra, wybiegam z windy niczym pies gnany myślą o wędzonej kiełbasie...

Otwieram w panice drzwi od chaty, przygotowany na kłęby gryzącego dymu, wpadam do kuchni…  


- Cześć  skarbie – mówi Ania, uspokajając nerwową atmosferę całusem na dzień dobry… - Cześć – odpowiadam odwzajemniając buziaka - co ty tu robisz? Przecież miałaś być na trzynastą. Moje zdziwienie właśnie przekracza nieprzekraczalne granice zdziwienia – Wiem, ale postanowiłam zrobić Ci niespodziankę. A jakbym nie postanowiła miło cię zaskoczyć, pewnie ten ładny sernik byłby teraz murzynkiem – powiedziała, wskazując wzrokiem na apetyczny, złocistobrązowy sernik stygnący na blasze przy otwartym oknie. – Tak, masz rację, ale… jak otworzyłaś mieszkanie? – pytam się jeszcze zdyszany ostatnimi przeżyciami, czując wlewającą się w serce ulgę.

 – Głuptasie, czy zapomniałeś, że dałeś mi drugi zestaw kluczy, mówiąc, żebym przychodziła tutaj zawsze, kiedy będę miała na to ochotę? Właśnie taką ochotę poczułam. Zdaje się, że chyba mam doskonałe wyczucie chwili – roześmiała się, jeżdżąc wzrokiem po moim ubraniu naznaczonym winem.  – A  tak w ogóle to co Ci się stało? Wyglądasz jakbyś z horroru się urwał. I dlaczego tutaj tak pachnie winem? – Ach, tak, to dłuższa historia – odpowiadam – ale to ci już przy serniku i herbatce opowiem… 

wtorek, 2 lutego 2016

Wieża ciśnień (Opowiadanie #2 +Foto)

Przemierzam zaśnieżony trakt tuż obok starych elektrowozów. Ciężkich, ogromnych, a przede wszystkim, zepsutych. W zasadzie nie wiem, czy one kiedykolwiek ruszą. Stoją, jak zabytki nie podlegające (jak dotąd) renowacji. Przede mną dostojnie pręży się narodowe dziedzictwo kulturowe Niemiec, twór nazistowskiej infrastruktury kolejowej - wieża ciśnień zbudowana w czasie drugiej wojny światowej, rękami polskich, angielskich i rosyjskich więźniów, przetrzymywanych w, znajdujących się wtedy w okolicy, hitlerowskich obozach pracy.







Pod wieżę podjeżdża zielony bus na blachach Rawy Mazowieckiej. Kierowca wyciąga pęk kluczy otwierając masywne, żelazne wrota wieży.

– Dzień dobry mogę z wami wejść na górę cyknąć kilka fotek? – pytam się gościa w czarnej katanie i zielonych bojówkach. - Mam latarkę - dorzucam naiwnie. Teoretycznie tak, praktycznie nie – odpowiada zamykając kratę na kłódkę od wewnętrznej strony ceglanego budynku brodaty jegomość – musielibyśmy wziąć za ciebie odpowiedzialność. Też mamy latarki. - DorzucaKiwam głową ze zrozumieniem i rozczarowaniem.

Marzenie o wejściu tymi schodami w górę odkładam na inny, bardziej szczęśliwy, czas. 
Dodaj napis


Bez ciśnień robię zdjęcie wejścia do wieży ciśnieńPozostaje mi tylko podziwianie wnętrza wieży zza krat, za któymi kryje się niedostępna dla mnie tajemnica...