sobota, 31 grudnia 2016

Poszukiwacze (Sylwestrowa historia)


Huk. Szyby się trzęsą. Przez chwilę można odnieść wrażenie, że rozlecą się w drobne kawałki niczym rozpryskujące się na sylwestrowym niebie, kolorowe fajerwerki. Decybele wdzierają się w uszy. Ziemia drży jak z impetem szarpnięta basowa struna. Zbliża się jakaś nieposkromiona siła, której chyba nikt nie jest w stanie zatrzymać. Nawet najsilniejszy człowiek świata. Nawet wszyscy najsilniejszy ludzie świata. No cóż – takie są uroki sylwestrowego dnia nieubłaganie zapowiadającego nadejście Nowego Roku. W całym tym zgiełku siedzi Heniu myśląc – ale huk, ale rwetes, a mam opowiadanie napisać. Ale w takim hałasie to trudno coś pisać, zwłaszcza wtedy, kiedy nie ma się żadnego pomysłu na fabułę. – Mam pomysł – myśli Henio – pójdę do lasu, poszukam w nim weny i fabuły....

Wybiera się do lasu w celu poszukiwania fabuły, poszukiwania weny. W lesie spotyka poszukiwacza sensu istnienia. I kiedy tak sobie gawędzą na temat własnych poszukiwań ni stąd ni zowąd pojawia się poszukiwacz igły w stogu siana....

– Świetnie – myśli Henio – jeszcze przydałby się Indiana Jones i poszukiwacze zaginionej arki. Nie minęła sekunda, kiedy pojawił się Harrison Ford. Nie kręcił się tu podejrzany typ? - pyta się Harry. Henio i reszta przecząco kręcą głowami. – To niedorzeczne – myśli sobie Heniu drapiąc się po podbródku – to albo są halucynacje albo padłem ofiarą jakiegoś dowcipu…

I rzeczywiście – Henio pada ofiarą dowcipu. Pada ofiarą dowcipu, jaki zgotował mu los tego sylwestrowego dnia. Niby sytuacja ustawiona, ale Harrison Ford prawdziwy. – Czego tu szukasz Harrisonie? – pyta się Heniu. – Kochanka mojej małżonki, który wybiegł z szafy, kiedy niespodziewanie wróciłem do chałupy wcześniej – odpowiada Harrison Ford. Niespodziankę chciałem zrobić żonie, a że jej ulubionym aktorem jest Harrison Ford, to przebrałem się za Harrego, konkretnie za Indianę Jonesa. Jego kapelusz lekko zsunął się z głowy na lewą stronę, z prawej ręki wił się ku ziemi skórzany bicz. – Sprawy niestety przybrały taki obrót, jak widać – mówi Harry i, zamiast się cieszyć sylwestrowym szampanem z małżonką, uganiam się za złodziejem cudzych żon. Prostak jeden! Gnida! Żonokradziej! Do lasu dał dyla i myśli, że go tu nie znajdę. – Znajdę Cię ty pasożycie matrymonialny! – krzyknął Harry na całe gardło...

No piękny ci się Sylwester trafił – rzecze Heniu do Harrego – ale, tak się składa, że każdy z nas czegoś poszukuje. Jeden sensu, Ty złodzieja swojej żony, trzeci igły w stogu siana, a ja fabuły do swojego opowiadania.

– No pewnie, że każdy czegoś poszukuje, mówi Harry, najwięcej jest tych, którzy poszukują własnej drogi życiowej. Są też tacy poszukiwani listem gończym. I ja chyba właśnie zaraz taki list wystosuję za tym niszczycielem rodzinnej harmonii. – Już ja Cię złapię Ty bezczelny… a jak Cię złapię to też dołączysz do grona poszukujących! Poszukujących Boga! Echo słów wykrzyczanych do bliżej niezidentyfikowanego złodzieja cudzych żon poniosło się po lesie niosąc się za znikającym gdzieś między drzewami Indianą…

Nastała cisza przerwana niespodziewanie wystrzałem sylwestrowego fajerwerku. - No tak – mówi Henio do chłopaków – tak to już jest, że każdy czegoś poszukuje, ja np. pomysłu na fabułę do opowiadania, ale obawiam się, że już znalazłem. To może teraz razem poszukajmy dobrego baru – zaproponował poszukiwacz igły w stogu siana – tam sobie pogaworzymy na temat poszukiwań. Może nawet igłę znajdę, o nawet już znalazłem mówi schylając się po sosnową igłę leżącą wśród innych sosnowych igieł strąconych przez wiatr z okolicznych sosen – W sumie dlaczego nie? – podchwycił temat poszukiwacz sensu. Ruszyli na poszukiwanie baru.

W barze pili długo i szczęśliwie oddając się dyskusji na temat życia, w którym każdy czegoś poszukuje. Szczególnie szczęśliwy był poszukiwacz sensu istnienia. który znalazł sens istnienia w kufelku napełnionym złocistym płynem. Tak się zapomnieli w suto zakrapianej, sylwestrowej dyskusji , że na Nowy Rok, jak się tylko obudzili, musieli wspólnie poszukać wczorajszego dnia, który utonął gdzieś w barowych kuflach i kieliszkach. Na szczęście znaleźli…

Henio szczęśliwie powrócił do domu ochoczo zabierając się za opowiadanie oparte na wczorajszych wydarzeniach…
.


PS. Podobieństwo postaci występujących w opowiadaniu do kogokolwiek jest jak najbardziej przypadkowe...

Ale niezależnie od swojej przypadkowości podobieństwa do kogokolwiek, życzą Ci wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Ja również Ci tego życzę. Życzę Ci też, żebyś znalazł to, czego poszukujesz...

piątek, 30 grudnia 2016

Ostatnie pożegnanie

Zaglądam do skrzynki
Pocztowej z rana
W czarnej kopercie
Wiadomość wysłana
Otwieram kopertę
I czytam szybko

Upadłem nisko
Nie da się niżej
Leżę na ziemi
Na czarnym żwirze
Czarnym jak smoła
O pomoc wołam
Ratunku! Konam!
Nikt mnie nie słyszy
Żywota dokonam
(dwa metry poniżej
poziomu morza)
Tutaj
Upadłem
Na żwirze czarnym

Napisał do mnie liść
W liście pożegnalnym

czwartek, 29 grudnia 2016

Rozwiane nadzieje

Myślałem że
Ułożyłem genialny wiersz
A wieje Częstochową 
Eh


Ale w Częstochowie wcale nie jest źle
Góra Jasna jak Słońce tam znajduje się
Kmicic tam był
Ten od Sienkiewicza
Jego przemiana do dziś
Serca zachwyca
(Nie wiesz o co chodzi?
"Potop przeczytaj")
Przemycał proch
Armaty wysadzał
Szwedzi widząc go
Krzyczeli
Biada nam! Biada!
Za kumpla miał
Michała Wołodyjowskiego
Oj! ten to szablą władał
Jak Sienkiewicz wyobraźnią
Gdy akcję „Potopu”  składał
W którym częstochowskiej Jasnej Góry
Nie zdobyte pozostały mury…

Opowiadam tą historię, byś znał ją też
Naprawdę myślałem że
Ułożyłem genialny wiersz
A wieje Częstochową

Eh

wtorek, 27 grudnia 2016

Rozstanie

Jakaś Ty koścista
I ładne masz oczka
Mogę z Tobą grać
W co chcę i kiedy

Boś Ty do gry kostka

Nie spotkamy się?
Znów coś Ci wypadło?
Chrzanię, rzucam Cię
Przepadło

Raj (Po)Świąteczne rozmyślania (Historia pewnej książki)

Moje świąteczne rozmyślania zeszły na temat raju. Nie wiem w sumie dlaczego, ale śmiem przypuszczać, że powodem była dwójka solenizantów obchodzących imieniny dwudziestego czwartego grudnia – Adam i Ewa


Raj –miejsce, gdzie według Biblii, ludzkość wzięła swój początek. Według tej Księgi zdarzyło się też wiele innych rzeczy, np. Potop albo przyjście na świat Jezusa Chrystusa. Ale Biblia nie jest jedyną księgą na świecie pełną inspirujących zdarzeń, istnieją inne księgi opowiadające ciekawe historie. Na przykład w Wielkiej Księdze Mojego Życia zapisana jest…

Historia pewnej książki


Dawno, dawno temu, kiedy miałem 10 lat, gdy telefony komórkowe były daleką przyszłością, a powszechnie dostępny Internet leżał odłogiem gdzieś za najdalszą galaktyką, wędrowałem po zakamarkach mojego pokoju odkrywając coraz to ciekawsze kąty. Raz w jednym z kątów odkryłem szkolny atlas geograficzny, który, jak dowiedziałem się później, należał do mojego starszego brata. Zostawił go w moim pokoju i całkowicie o nim zapomniał. Pogrążyłem się w studiowaniu kolorowych map. Przemierzając wzrokiem zielono żółte równiny i błękitne oceany, postanowiłem odbyć ekscytującą wyprawę do kuchni. Jak postanowiłem, tak zrobiłem.

Niczym żołnierz rzucający się desperacko pod ostrzał wroga celem zdobycia lepszej pozycji, rozpocząłem szarżę z mojego małego pokoju do olbrzymiej, jak pieczara Wawelskiego Smoka, kuchni. Pełna niebezpieczeństw droga wiodła przez długi niczym kolej transsyberyjska, przedpokój. Przemierzam dzielnie wyznaczoną trasę gdy nagle, z siłą potężnej burzy śnieżnej, w oczy rzuca mi się tajemnicza, żółta księga, leżąca obok tajemniczego, czerwonego, przypominającego prysznic, urządzenia.
– Co to jest?– rozpoczynam wewnętrzny monolog – nigdy to tu nie stało. Przenoszę wzrok na tajemniczą księgę mieniącą się barwą cytryny. Dzięki supermocy czytania, jaką zdobyłem na trzecim roku  prestiżowego uniwersytetu zwanego Szkołą Podstawową czytam: KSIĄŻKA TELEFONICZNA

– Woooow – wydobywam z siebie dźwięk podnieconym szeptem. Głaszczę prawą dłonią śliską okładkę Książki Telefonicznej powolutku unosząc ją w górę. Zaczynam czytać pierwszą stronę…

DRRRRR! DRRRRR! – Ze świata książki telefonicznej wyrywa mnie dźwięk czerwonego, podobnego do prysznica urządzenia.  Przypomina mi to dźwięk dzwoniącego na inne pojazdy tramwaju. Podskakuję jak oparzony wpatrując się w wydzierające się urządzenie. W tej samej chwili słyszę chrobot otwierającego się zamka do drzwi wejściowych. Czuję się jak złodziej złapany na gorącym uczynku. Chwytam żółtą księgę pod pachę dając susa do odległego o dwa kroki mojego małego pokoju. Nie udało się umknąć, wyrżnąłem orła na śliskiej podłodze lądując  nosem tuż u podnóża piramidy zbudowanej z ubrań naszykowanych do prasowania. Książka Telefoniczna leży jak na dłoni – konkretnie rzecz ujmując – na mojej dłoni, której przeszywający ból świadczy o moim spektakularnym upadku. I tym sposobem matka nakryła mnie na buszowaniu przy nowym  telefonie i książce telefonicznej.

Po tych zapierających dech w piersiach przygodach domorosłego podróżnika mama wyjawiła mi sekret Książki Telefonicznej oraz telefonu…

Teraz po latach, porównując książkę telefoniczną do Biblii, nasuwa mi się prosty i oczywisty wniosek na temat różnic tych dwóch ksiąg.


Książkę telefoniczną mogę, a przynajmniej mogłem, zweryfikować(nie wiem czy takie papierowe wersje jeszcze istnieją)dzwoniąc pod zamieszczony w niej mój numer z innego numeru. Biblii nie mogę osobiście poddać teście prawdy, bo zadzwonić do Jezusa i spytać się czy naprawdę istniał i czy przypadkiem nie wie, gdzie jest Raj – no cóż, to czysta abstrakcja. W to, co jest napisane w Biblii mogę uwierzyć tylko na słowo.  A wracając do raju, od którego według Biblii zaczęła się historia ludzkości , to życzę każdemu, żeby znalazł swój wymarzony.  

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Kurcze pióro

Ciężki dziś dzień
Nielekkie me piórko
Rzekła kura pisarka
Gadając z wiewiórką
Wiewiórka
(owijając się żołędzi sznurem)
Mówi
Masz lekki pazur
Bazgraj pazurem

sobota, 24 grudnia 2016

Program śniadaniowy(Gwiazdka 2016)

Rybka, pasztecik
Kromeczka bez masła
Śledzik, sałatka z marchewką
Spierniczona Gwiazdka
W TV Kevin i Myszka Miki
Gwiazdka spierniczona
Uwielbiam pierniki

Prognoza pogody


W dzisiejszej prognozie pogody Pan Feliks
O dużym zachmurzeniu ozorem coś mieli
– A gdzie to zachmurzenie? – pytam się Feliksa
– Wszędzie, w całym kraju, największe w komiksach

W których bohater
Jak  wulkanu krater
Wypuszcza dym ustami
Dzieląc się z nami
Swoimi myślami
Czasem śmiesznymi
Czasem mądrymi
Czasem banalnymi

I dziś nasz bohater jest całkiem szczodry
Chce się podzielić z nami czymś mądrym

I dzieli się śpiewając na znaną melodię ludową

Zachmurzenie duże – od razu rymem walnął
Jest też w pomieszczeniu nazywanym palarnią
Gdzie dymu chmury szare, nikotyną wypchane
Wsiąkają w ubranie i
Niestety
Wysysają z  portfela cenne monety

A palenie na zewnątrz?
To głupia jest potrzeba
Chmury dymu przesłaniają
Spory kawałek nieba
Na którym i tak już duże zachmurzenie
Chcesz by było mniejsze?
W  diabły rzuć palenie

Nasz bohater komiksowy
Który nie pali
Odpłynął na chmurze
Zniknął gdzieś w oddali
A my może byśmy
Feliksowi głos oddali?

Ale, Feliks z wizji już zniknął
Zostawił tylko szarą chmurę dymu
Bo na odchodnym fajkę sobie pyknął
Krzyknął też

Koniec pracy na dziś! Hurra!

A ja, korzystając z dużego zachmurzenia
Pochodzę sobie dzisiaj
Trochę z głową w chmurach.
I na koniec powiem
Cichutko do ucha
Życzę Tobie dobrych prognoz

Pogody ducha.

piątek, 23 grudnia 2016

Prezentacja

Bicepsy moje
Bicepsów potrzebują
Więc biegnę na siłownię

Wchodzę
Rozglądam się zdziwiony
Wszyscy pakują


Pakują i się prezentują
Ładnie
(Czasem im też waga spadnie)
Z sufitu
Nagle
Myśl mnie atakuje
Prezenty pakują
Każdy Gwiazdkę czuje

Z zamyślenia wyrywa mnie
Porywisty głos Jacka
(Jacek to trener personalny Wacka)

Pakowanie prezentów
I się prezentowanie
To cała jest Gwiazdka

A ja

Wybiegając w przyszłość
Nieśmiało sobie myśląc
Co bym chciał na Gwiazdkę

Myślę

Chciałbym mieć w prezencie
Zapakowane Hantle


Wesołych Świąt i wspaniałych, udanych i dobrze zapakowanych prezentów ;-)

wtorek, 20 grudnia 2016

Zakurzenie



Przychodzi do mnie gość i mówi

Mam problem
Mam za dużo kur na farmie
Mam kłopot z drobiem
Wkurzam się na kury
Coś się szybko rozmnożyły
Z jajek jakby hurtem powychodziły

W naturze mojej leży rozwiązywanie problemów
Rozwiąże pana problem bez problemu
Tylko najpierw fajeczkę zakurzę
A potem na kurzy temat zrobię myśli burzę

Kurzę fajeczkę pomysły spiętrzam
Myśli w głowie płyną jak Otylia Jędrzejczak
Dumając o kurach powoli się wkurzam
Coraz głębiej w basen myśli o kurach się zanurzam

I nic

Dalej nic

Kurza twarz! Ciągle nic.

I nagle

Z basenu myśli myśl się wynurza
Chcesz mieć mniej kur?
Kup sobie odkurzacz
I to jest panie problemu rozwiązanie
Na nadmiar kur najlepsze
Odkurzanie

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Z Uradowanym Sercem

Wczoraj mój los szczęśliwie się wypełnił
Niczym na niebie Księżyc w pełni
Będę mógł marzenia spełnić
Uradować Serce
Ukoić nerwy

Wypełniony los szczęśliwie
Uradował Serce
Czas najwyższy
Z Sercem
Polać kolejkę
Polewam kolejkę
Z Uradowanym Sercem
Patrzę, ziomy do kolejki
Stoją już w kolejce

Skąd tutaj przyszły
Te wszystkie ziomy?
Piotrek, Mariusz, Tomek
Dwie setki znajomych
Wszystko fajnie, pięknie i miło
Tylko czemu dzisiaj?
Przecież od lat ich tu nie było

Z ziomkami i
Z Uradowanym Sercem
Polewamy
Kolejka po kolejce
Przy siódmej kolejce
I butelce wina
Przybywa z daleka
Daleka rodzina
Nie widziałem ich
Dwa albo trzy lata
Kuzyn, wujek, ciotka
Wszyscy chcą się ze mną bratać

Czuję się jakbym po morzu płynął
Widzę morze głów
Setki ludzi po horyzont
Mnożą mi się w oczach
Jak w mrowisku mrówki
To pewnie wina wódki
Wódki picia skutki

Ale nie!

Nagle sobie uświadomiłem
Wczoraj przecież szóstkę w totka trafiłem
Los mój wczoraj
Szczęśliwie się wypełnił
Wszyscy do mnie lgną

Chcą portfele uzupełnić….

sobota, 17 grudnia 2016

Przegląd prasy

W Gazecie Codziennej dzisiaj trąbili
O jednej takiej, co przychodzi
W nieodpowiedniej chwili
Grozą postraszyli
Dziennikarze

A ona tylko

Forsy chciała się nachapać
Wpadła do banku krzycząc
To jest napad!!!

Nie są to żadne
Dziennikarskie kaczki
W banku dziś był napad

Napad padaczki...

Drzwi

Drzwi podobno są najlepszym punktem wyjścia do wszystkiego. Są też najczęstszym miejscem, w którym przekracza się jakiś próg. Wytrzymałości albo podatkowy na przykład. Najczęściej jest to jednak zwykły, drewniany lub metalowy próg, przez który, jak głosi przesąd, nie wolno się witać. Niewolno, bo, jak mówią, przynosi to pecha. Możliwe. Pamiętam, jak…

Kilkanaście lat temu, to był chyba czwartek, dwóch dobrych znajomych witało się właśnie przez próg. A był to próg dość wysoki. Tak się zapomnieli w swoim szczęściu i uściskach, że ten wchodzący potknął się o ten próg, wywracając się wprost na wiszące w przedpokoju lustro, uderzając w nie elegancką papierową torbą. A że akurat były w niej trzy butelki wytrawnego wina, lustro, pod siłą trzech pełnych czerwonej cieczy buteleczek postanowiło sobie pęknąć i podarować przybyłemu panu siedem lat nieszczęścia.

Na szczęście sam poszkodowany nie wierzył w przesądy i pomyślał, że nieszczęścia go nie dosięgną. No może oprócz tego, że właśnie, oprócz lustra, potłukł dwie z trzech butelek drogiego, wytrawnego trunku. Z rozpaczy, z której nawet nie potrafił go wyciągnąć bliski znajomy, postanowił się upić ostatnią butelką wina. Humor mu się poprawił w mgnieniu oka. Od tamtej pory postanowił smutki i nieszczęścia topić w butelkach napojów wyskokowych. I tak mu zostało przez następne siedem lat, dopóki jego dobry znajomy nie postanowił go wyciągnąć z choroby alkoholowej. Wziął kolegę za bety i zaciągnął przed drzwi, na których widniał napis KLUB ANONIMOWYCH ALKOHOLIKÓW. Nasz alkoholik otworzył drzwi i, lekko popychany przez kolegę, przekroczył próg i wszedł do siedziby AA nie wiedząc, że właśnie wychodzi z nałogu. Od tamtej pory jest niepijącym, szczęśliwym człowiekiem nigdy niewitającym się w progu. Lustra używa tylko w najwyższej konieczności…


Jak dziś wspominam sobie tą historię, to myślę sobie, że drzwi naprawdę są najlepszym punktem wyjścia do wszystkiego. Drzwi i dobrzy znajomi, którzy są gotowi pomóc próg w tych drzwiach przekroczyć…

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Znaczenie

Dlaczego warto mieć książkę na własność?
Jasno postaram się to wytłumaczyć
Bo możesz w niej bezkarnie jechać
Mazakiem trwałym po wersach
Co lepsze frazy
Znaczyć

I

Znaczenie książki
Błyskawicznie się zmienia bo
Można o niej powiedzieć wszystko
Ale nie to, że jest bez znaczenia

niedziela, 11 grudnia 2016

Gazety

Dialog z wczorajszej lokalnej gazety

– Czym różni się człowiek?
– Od czego?
– Od monety.
– Czym?
– Moneta jest dwustronna zawsze.
   Człowiek częściej jedno.
   Niestety.

– Ale pod uwagę nie wziąłeś jednej opcji
– Jakiej?
– Człowiek od monety
   Jest wartościowszy.

A dzisiaj ja pytanie zadaję wcześnie rano
– Gazety mówią prawdę
   Czy gazety kłamią?

piątek, 9 grudnia 2016

Przemiana

Raczyłem się wczoraj sztuką bardzo wzniosłą
Podziwiałem kunszt, ceniłem rzemiosło
Czytałem o przestworzach i niebieskich ptakach
Raczyłem się i...


Zmieniłem się w raka

poniedziałek, 5 grudnia 2016

List do pana w czerwonej czapce

Od samego rana, od świtu białego
Chciałbym mieć coś nietypowego
A jeśli myśli moje mam uściślić
Chciałbym mieć maszynkę
Do łapania myśli
Tych ulotnych
Bo te
Nie wiem dlaczego
Bawią się od rana
Ze mną w chowanego

Niedziela

Niedziela to taka mroczna kraina
Rozświetlam ją więc lampką wina
Jednak schodząc z chmur, do poziomu lądu

Myślę


Ty! Wiesz, ile taka lampka ciągnie prądu?...

sobota, 3 grudnia 2016

Siadam

Siadam do klawiatury
Stukam w nią nerwowo
I zastanawiam się gorączkowo
Jakie dać pierwsze słowo
Do rymowanki

Już wiem!!!

Skakanki!!!

Jakie skakanki?

No właśnie żadne
Bo wczoraj ich nie było
Dużo pompek i przysiadów
Za to się zrobiło

Zrobiło się też dziś
Za oknem szaro trochę
Stwierdzam fakt
Patrząc na szarą, miejską wiochę
A tak powracając w skakanek grzązki temat

Cóż jest wart Crossfit?
Gdy skakanek nie ma

piątek, 2 grudnia 2016

Badanie

Wysuwa się i wsuwa
W szczelinę szeroką
Kiedy się wysuwa
Wytężam swe oko
Czy w środku jest to, co chcę znaleźć?

Badam

Niestety nie ma
To nie ta szuflada

piątek, 25 listopada 2016

Historia zapisana w kamieniu (Jesień)

Czasami ręce i liście z drzew opadają. I o tyle, ile powodów tego pierwszego może być milion, to powód tego drugiego jest oczywisty – JESIEŃ. W tym roku raczej deszczowa niż złota(Już sobie wyobraziłem muzyczny duet, gdzie Kuba Sienkiewicz, na podświetlonej scenie, podśpiewuje piosenkę „Liście lecą z drzew”, a tuż za nim czają się chłopaki z czerwonych gitar już gotowych do wykonania kultowego numeru „Ciągle pada”). I właśnie dlatego, że raczej deszczowa, niż złota, do życia ochoczo obudziła się grupa ludzi, którym ręce nie opadają. Wręcz przeciwnie, zacierają je, wietrząc dobry interes. Co to za grupa ludzi? To producenci i sprzedawcy parasoli cieszący się z każdej kropli deszczu i, co za tym idzie, z rosnącego popytu na parasole. Super, tylko to stawia mnie w kłopotliwej sytuacji, bo nie wiem czy życzyć parasolkowym biznesmenom udanego interesu czy wszystkim ludziom samych pogodnych dni, gdzie parasolki nie będą nikomu potrzebne. No chyba, że będą to liściochrony – parasolki chroniące przed deszczem opadających z drzew złotych liści. Będąc w temacie liści nie można nie wspomnieć o takim czymś, co ma dużo rozgałęzień i całą swą energię pobiera z Ziemi, powietrza i Słońca... 


Drzewo



Rośnie sobie drzewo mieniące się jesiennym złotem(Eh, żeby to złoto można było do lombardu oddać). Przygotowuje się do snu, z którego wyrwie go oddech przyszłorocznej, życiodajnej wiosny. Złote liście, podobnie, jak temperatura powietrza, miarowo z niego opadają. Łączą się z Ziemią za pomocą siły grawitacji tkając złoty dywan, po którym mogę chodzić. I pomyśleć sobie, że drzewa przede mną złote dywany rozkładają. Fajnie, że nie muszę być znaną osobistością, żeby dywany przede mną rozkładali, kolorowa natura docenia szarego obywatela. Tylko czy szary obywatel doceni naturę?...


A kamień? Kamień przygląda się całej tej sytuacji milcząco. Nic dziwnego, kamienie zazwyczaj milczą. Ale, podobnie, jak jesienne liście spadają z drzew, kamienie czasem spadają z serca. I właśnie tego wszystkim życzę, żeby wszystkie kamienie spadły z serca. Będzie co na szaniec rzucać…

poniedziałek, 31 października 2016

Tłusty (nie)czwartek

Rozmawiają dwa pączki; - Poszedłem na egzamin na studia – mówi jeden pączek. – I co, przyjęli cię? – odpowiada pytaniem drugi pączek. – No co ty! Pączka na studia?


Wchodzę do cukierni celem osłodzenia sobie życia i mówię – poproszę pół kilograma pączków na wagę (takich malutkich, wielkości piłeczek pingpongowych). Zdziwiona pani lekko się uśmiecha, mówiąc – nie wiem czy nawet tyle tutaj będzie. I faktycznie nie ma. Nakłada mi szpachelką wszystkie pączki, jakie zostały w pojemniczku. Po zważeniu tych pączków wychodzi niecałe trzydzieści deko. Po zjedzeniu okazuje się że, jak na moje możliwości konsumpcyjne, jest ich ciut za dużo. Ale, że co, że ja niby ich nie zjem? Z radością zaczynam pałaszować i…

Zostaję zgnieciony niesamowitą ilością kalorii. I chociaż są to kalorie puste, jest ich tak dużo, że spokojnie przyprawiają mnie o ból brzucha. Niby zwykłe, małe, niepozorne pączki wielkości piłeczki pingpongowej, a potrafią zakłócić moją żołądkową harmonię. Zburzyły spokój mojego żołądka zupełnie tak samo, jak szalejące tornado burzy spokojne osiedle jednorodzinnych domków powodując nieocenione straty. I zupełnie jak tornado, które znika bez śladu, zostawiając po sobie postapokaliptyczny obraz, tak pączki zniknęły bez śladu z mojego talerza, zostawiając po sobie obraz kłującego bólu brzucha. Obraz, na którymś ktoś namalował moją osobę trzymającą się za brzuch prawą ręką. Lewa ręka natomiast moja osoba wskazuje palcem na swoją skroń mówiąc: PO CHOLERĘ ZJADŁEM TYLE PĄCZKÓW?! ŻEBY TO CHOCIAŻ BYŁ TŁUSTY CZWARTEK! Eh, żeby to chociaż w ogóle był czwartek. A to był tylko piątek i to ostatni piątek października dwa tysiące szesnastego roku naszej ery. Eh, tak zmarnować niepowtarzalny dzień w historii świata…


Ale nie wszystko stracone. Zawsze, celem osłodzenia sobie życia, mogę wejść do cukierni.

piątek, 28 października 2016

Kot, który znalazł całą górę forsy

Jestem człowiekiem przeciętnym, nic nie osiągnąłem, nie mam za wiele do zaoferowania i dlatego nie będę mówił o sobie. Nie będę mówił, bo po prostu nie ma o czym… Powiem za to o kocie, który znalazł górę pieniędzy, o którego istnieniu dowiedziałem się od pewnego pana sprzedającego cukrową watę.


Pisząc o kocie, który znalazł górę forsy wpadłem na niesamowity pomysł stworzenia cyklu o tematyce finansowej. Ale czy to będzie cykl czy tylko jednorazowy wybryk kierowany spontanicznymi wynurzeniami i zasłyszanej historii o kocie, to dopiero się okaże…

O kocie, który znalazł górę forsy.

Był sobie kot. Nie był to jednak zwykły kot. Jego niezwykłość polegała na tym, że nie wiadomo czy nawet był ssakiem. Wykluł się on z czekoladowego jajka, a każde dziecko wie, że ssaki nie wykluwają się z jajka. Na dodatek wykluł się w częściach. Jakimś cudem został złożony do kupy przez szczęśliwego znalazcę. Niczym Pinokio przez Dżepettego, z tą różnicą, że Dżepetto stworzył Pinokia od podstaw, nasz kot natomiast składał się z półproduktów, które trzeba było dopiero złożyć w jedną, dobrze funkcjonującą całość.  Jajko, z jakiego się wykluł było jajkiem niespodzianką wyprodukowaną przez znaną, chyba niemiecką, firmę, a kto go złożył – nie wiadomo . Tak oto nasz kot otrzymał powołanie, powołanie do życia…

Brykał, hasał nasz kot, biegał, skakał, muchy łapał i, niespodziewanie, gdzieś pomiędzy skalnymi głazami natknął się na górę forsy ukrytą w przezroczystym naczyniu.

Jak się potoczyła historia znalezionego przez kota skarbu? Tego nie wie nikt oprócz pana z watą cukrową. Powiedział mi on, że nie może wyjawić mi tego sekretu. Za to obiecał mi, że jeśli jeszcze raz przyjdę do niego na watę cukrową, zdradzi mi tajemnicę mówiącą o tym, jak zbudować piramidę finansową przynoszącą same korzyści? 

wtorek, 30 sierpnia 2016

Najlepszy lek na brak celu w życiu.

Z góry informuję, że ten tekst nie ma ani grama wartości, ma tylko jedną praktyczną poradę i kilka zdjęć podkradzionych z karty pamięci mojego aparatu kompaktowego. 

A dlaczego by nie napisać o tym, że na turystyczny szlak pieszy pod Tomaszowem Mazowieckim wyruszyłem? Po prostu się nie bałem i plecak spakowałem. Nie był to daleki szlak, w sensie, że nie był daleki od domu, ale, jak to mówią, liczy się zajawa, a nie wielka sprawa. A ja akurat złapałem zajawkę na przejście drogi, której nigdy jeszcze nie przeszedłem. Drogi z Tomaszowa Mazowieckiego do Spały.



No więc wyruszyłem na turystyczny pieszy szlak z Tomaszowa Mazowieckiego do Spały i pierwsze, co chcę zrobić po przejściu szlaku, to złożyć podziękowania wszystkim, którzy odwalają kawał dobrej i przydatnej roboty malując takie zielonobiałe znaczki.

Te znaczki całkowicie zmieniają jakość życia, bo dzięki tym znaczkom, człowiek, taki, jak ja, wie, dokąd iść. Dzięki tym znaczkom mam jasno wytyczoną drogę do celu. Chwała tym, którzy malują te znaczki i chwała tym, którzy przenoszą oznaczoną tymi znaczkami trasę na papierową mapę, będącą najlepszym i najłatwiej dostępnym lekarstwem na brak celu w życiu. 

Mapa papierowa jest najlepszym i najłatwiej dostępnym lekarstwem na brak celu w życiu. Bierze sobie człowiek taką mapę do ręki, zaznacza cel, do którego chce dojść i już zna odpowiedź na jedno z najbardziej znanych pytań w polskiej literaturze; Quo Vadis człowieku? Quo vadis?


O co nie chodzi w szlaku pieszym?


W szlaku pieszym nie chodzi o to, żeby go przejść, to też, ale o to, żeby nim iść. Być w ciągłym ruchu. Zgubić się gdzieś pomiędzy lasem a wsią, widoczną dopiero po maksymalnym zbliżeniu na Google Maps. Widoczną dopiero wtedy, jak się w niej człowiek znajdzie. Iść terenami nieznanymi i czuć pod stopami podłoże ugniatane podeszwami trekingowych butów. Widzieć miejsca, których nigdy się wcześniej nie widziało. Odkrywać, odkrywać, odkrywać...


Wczoraj, będąc na szlaku widziałem(musicie mi wybaczyć jakość zdjęć, ale ostatnimi czasy uczyniłem moje życie, nie biorąc ze sobą lustrzanki na krótkie wycieczki, lżejszym o jakieś półtora kilo, ) miejsca białe, jak śnieg. Białe, jak arkusz czystej, gładkiej kartki.
Dodaj napis


Widziałem też wodę tak przejrzystą, że wyglądała, jak perfekcyjnie wypolerowana szyba, wkomponowana  idealnie w nierówność terenu. Gdyby nie pływające po niej białe i szare łabędzie, myślałbym, że to dzieło szklarza, a szkło wypolerowała sama Perfekcyjna Pani Domu. Były to tak zwane NIEBIESKIE ŹRÓDŁA, wzięte swoją nazwę od błękitnej substancji wypływającej wprost z dna tych urzekających oko sadzawek. Nie będę mówił o spokoju, ciszy i chłodnym, orzeźwiającym powietrzu, delikatnie wpływającym w płuca. 



Po drodze znalazła się nawet chatka z którejś ze znanych bajek, nie pamiętam tylko z której, z Kubusia Puchatka czy z Kapturka Czerwonego. A może to chatka Baby Jagi? Nie, ta Baby Jagi stoi na kurzej stopie i, z tego, co pamiętam, jest chyba z jakiś słodyczy zrobiona…


Znalazłem nawet dowód na istnienie czarnej dziury. I nie w kosmosie, ale tu na Ziemi. Ta czarna dziura ma 355m długości. Nie omieszkałem w nią wejść, jak widać wyszedłem z niej żywy. Nawet się dowiedziałem po drodze, że to niemiecki schron kolejowy, do którego wjeżdżał kiedyś cały pociąg sztabowy Hitlera. 


Przygody też się zdarzają. Czasem ktoś, jak zdarzyło się to mi, na chatę cię zaprosi na kanapeczkę. Może nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na kanapeczkę zaprosił mnie 73 letni, całkiem dziarski, dziadek, który na moje pytanie: NIE BOI SIĘ PAN OBCYCH DO DOMU ZAPRASZAĆ? Odpowiada: NAJWYŻEJ MNIE PAN ZASZLACHTUJE.


…Wchodzę do starszego pana na chatę. Parterowa, elegancko wykończona, porządek nienaganny. Dopiero teraz przechodzi mi przez myśl, że właściwie to ten pan może mnie zaszlachtować. Staruszek częstuje mnie kanapką z szynką. Częstuję mnie ogromną kanapką z szynką. Częstuje mnie kanapką z szynką większą, niż wszystkie moje wyobrażenia o kanapce z szynką, otrzymaną w prezencie od nieznajomego starszego pana w jego własnym domu. A moje wyobrażenia o kanapce z szynką otrzymaną od nieznajomego starszego pana u niego na chacie  to: WIELKA, JAK OCEAN SPOKOJNY,  PAJDA CHLEBA I TYLE SZYNKI, ŻE MOŻNA BY TĄ SZYNKĄ TEN OCEAN SPOKOJNY PRZYKRYĆ. Ta pajda JEST większa, niż moje oczekiwania, bo to dwie wielkie, jak Ocean Spokojny, pajdy chleba złożone w podwójny SANDWICH. Przeplatane szynką i niewyobrażalną ilością masła marki MASŁO. Rozmawiamy chwilkę na tematy intymne… wychodzę, żegnam się, gorąco dziękuję, bla, bla, bla. Najważniejsze, że było fajnie, ciekawie, miło i smacznie. I nie była to zagrywka w stylu PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA albo do, Bóg wie, czego jeszcze…


Najlepsze było to, że ów starszy Pan pojawił się w momencie, kiedy poczułem niewidzialną rękę głodu ściskającą coraz mocniej mój żołądek, a ja nie miałem akurat żadnego prowiantu. I nie był to żaden mały głód z reklamy znanego serka, którego nazwa zaczyna się na D. To był nienasycony, potwornie wielki głód, pożerający łapczywie wszystkie pokłady mojej energii. Na szczęście skutecznie zabiłem go kanapką z szynką ofiarowaną mi przez starszego pana…

PS. Żeby nie było, na co dzień mięcha nie jem, ale przecież nie będę wybrzydzał, jak częstują…


No więc, reasumując i wracając do szlaków; turystyczne szlaki piesze są cudowne. Są widoki, miejsca, nieoczekiwane zwroty akcji i... ruch. Ciągły ruch dający poczucie sensu i celu, do którego się zmierza. Każdy szlak jest warty uwagi, nawet ten niewarty uwagi. 

Czasami nawet, na koniec wędrówki, można się położyć na takim np. zielonym dywanie. 


Jak na niego spojrzałem, to od razu wiedziałem, że jest rozłożony specjalnie dla mnie. Może to nie jest dywan perski, ale nasz. Nasz polski dywan rozłożony pod naszym polskim niebem. Tylko czy istnieje coś takiego jak polskie niebo? Bo to tej pory słyszałem tylko opinie, że istnieje polskie piekiełko. Nie wiem, w sumie mało mnie ten podział interesuje, w moich oczach i tak niebo jest zazwyczaj błękitne. A, jak to śpiewał wokalista Golden Life "oprócz błękitnego nieba, nic mi więcej nie potrzeba"