środa, 16 grudnia 2015

Pająk (Opowiadanie #1)

Pewnego wiosennego wieczoru postanowiłem odkurzyć pokój. Odkurzam, patrzę a tu po pokoju chodzi wielki ogromny pająk, wciągnę go do rury – myślę sobie, zabiję gnoja bezlitośnie, co tak będzie mi po pokoju biegał bezkarnie. Wciągam dziada stanowczo, gdy nagle ni stąd ni zowąd wyłączyli prąd. Pająk wykorzystał sytuację i postanowił wyjść z powrotem. A że mój irracjonalny lęk przed  pająkami nie pozwala mi tych ośmionogich drapieżców zabijać inaczej, niż poprzez wciągnięcie odkurzaczem, stałem, jak sparaliżowany i patrzyłem, jak swobodnie się przechadza po podłodze. Słońce coraz szybciej zmierzało ku zachodowi. Robiło się ciemno, a wieczór bez prądu w towarzystwie pająka wcale mi się nie uśmiechał – moje przerażenie narastało. Włączyłem włącznik lampki. Jak przywrócą prąd, lampka pierwsza mnie o tym poinformuje swym światłem.


Z wielkim trudem i lękiem w sercu, przykryłem ośmionogiego zbója szklanką. Ręce trzęsły mi się przy tej czynności jak meduza na wybojach. Zastanawiając się, dlaczego wyłączyli prąd, wyjąłem z szuflady latarkę i umiejscawiając ją na podłodze skierowałem snop światła wprost na uwięzionego pod szklanką owada. Potem zapaliłem stojące na stole świeczki i korzystając z ostatnich przebłysków dziennego światła, przejrzałem rachunki za prąd – wszystkie były zapłacone.


Położyłem się na kanapie i czekając na magiczne zapalenie się lampki oznaczające przywrócenie dopływu prądu, odpłynąłem do magicznej krainy  zwanej Drzemką.


Prądu jak nie było tak nie było. Świeczki powoli się wypalały, a bateria w latarce świeciła coraz niklejszym światłem, by w końcu zupełnie zgasnąć. Na domiar złego rozładował  się telefon, którym, od biedy nasz bohater, mógłby oświetlić miejsce uwięzienia pająka. Pokój nieubłaganie spowijał mrok pogrążając pomieszczenie w ciemności absolutnej.


Przebudziłem się gdzieś w środku nocy gnany potrzebą wyskoczenia do domowego szaletu. W oczy uderzyła mnie ciemność totalna, przenikająca wszystko dookoła. Ruszam odcedzić kartofelki. Rozważnie i instynktownie minąłem miejsce, gdzie w przybliżeniu stała szklanka z pająkiem. Wracając z toalety przepełniony radosną ulgą pustego pęcherza, uważając na szklankę z pająkiem, ogarnięty ciemnością pokoju, kopnąłem w jakiś podłużny przedmiot. Chwilę potem usłyszałem BRZDĘK… i odgłos toczącej się po podłodze szklanki. Kurwa! – przekląłem całkiem donośnie – dlaczego nie schowałem tej pieprzonej rury od odkurzacza?! No, ale jakbym schował, to czym bym walczył z pająkiem. W tym momencie zapaliła się lampka. Super – sobie myślę – jest prąd, ale po pająku ani śladu, tylko rura, bezużyteczna latarka i przewrócona szklanka. Serce wali mi jak szalone. O dalszym spaniu nie ma mowy.
Życie ze świadomością, że w pobliżu czai się wielki pająk z długimi, jak polarna noc, nogami, to nie życie. To ciągłe poczucie zagrożenia. Dobrze, że chociaż ten prąd przywrócili – tak sobie myślę.


Idę wstawić wodę na melisę mającą mi pomóc się uspokoić gdy, nagle, bez żadnego ostrzeżenia lampka gaśnie – znowu odcięli prąd. Z melisy nici. Pełen strachu siadam na kanapie, którą znalazłem na czuja. Ręce mi się trzęsą, nogi mi się trzęsą, cały się trzęsę. Ściągam narzutę z kanapy, przykrywam się puszystym materiałem. Przechodzę w stan bezsennego oczekiwania na poranek i na światło. Jedyne, co mi przyświeca, to nadzieja, że za chwilę włączą ten nieszczęsny prąd.


Czas się dłuży bezlitośnie, stając się niemym przeciwnikiem szybkiego rozwiązania moich problemów. Czekanie to jedna z najgorszych czynności na świecie. Roztrzęsiony nieuzasadnionym, przenikającym całego mnie lękiem przed insektem spostrzegam, że za oknem rozpoczyna się proces świtania. Jeszcze godzinkę i będę mógł, uzbrojony we wciągający odkurzacz, szukać pająka. O ile włączą prąd oczywiście.


Nareszcie! – myślę sobie uświadamiając sobie, że już wszystko widzę – nastał jasny świt. I chociaż nocna lampka nie rzuca żadnego promienia nadziei na przywrócony dopływ prądu, czuję się o wiele lepiej. Zrzucam z siebie kanapową narzutę. Idę dokończyć przerwany proces robienia melisy. Podnoszę się  machinalnie i gwałtownie, daję krok do przodu  i, o zgrozo, nadepnąłem na  przewróconą szklankę. Jak klasyczny bohater kreskówki wywijający orła dzięki leżącej na chodniku skórce od banana, przejechałem się na szklance lądując prawym policzkiem na panelach. Po lekkim zamroczeniu spowodowanym bliskim kontaktem z podłogą przypominam sobie ostatni widok przed tym romantycznym spotkaniem z posadzką – przypominam sobie, że moim ślicznym policzkiem zmiażdżyłem przemykającego pająka. Tego samego skurczybyka, który zatruł mi całą wczorajszą noc.. W tym samym momencie zapala się lampka. Trup pająka leży nieruchomo na podłodze. Odniosłem ciężko okupione zwycięstwo. Uff – co za ulga. I dobrze, że jest prąd nareszcie. 


Włączyłem odkurzacz kończąc wczorajsze sprzątanie, po czym, kładąc się na kanapie, zapadłem w sen sprawiedliwego.



Na drugi dzień, idąc do sklepu celem zaopatrzenia się w kask futbolisty(wszak nie wiem, kiedy mi przyjdzie znów walczyć z krwiożerczym, ośmionogim potworem), zastanawiając się, dlaczego nie było w nocy prądu, w oczy rzuca mi się wystawiony na kioskowej wystawie  egzemplarz Gazety Regionalnej i krzyczący w niej nagłówek na pierwszej stronie: PIJANY PRACOWNIK ELEKTROWNI BAWIŁ SIĘ PRZEŁĄCZNIKIEM ODPOWIADAJĄCYM ZA DOPŁYW PRĄDU NA JEDNO Z MIEJSKICH OSIEDLI. Pięknie – myślę sobie – a podobno nie śpi ktoś, żeby spać mógł ktoś.