października 07, 2018

Poezja bardziej wartościowa niż fałszywe banknoty #3 Smak stresu


Tańczyła niewiasta w klubie przy rurce
Wstydziła się, czuła wielką tremę
Ze stresu zjadła całą rureczkę
Smaczna była rurka
Z waniliowym kremem

października 05, 2018

Poezja bardziej wartościowa niż fałszywe banknoty. #2 Spełnione marzenie


Chciałem piekarnię mieć swoją na własność
Robić wypieki nocą gdy ciemno
W dzień, gdy jasno…
Udało się! Mam piekarnię, wypieków bez liku
Najwięcej mam wypieków 
Na lewym poliku



października 04, 2018

Poezja bardziej wartościowa niż fałszywe banknoty #1 Kawka


Serniczek pieści me podniebienie
Kawki zaparzę.  Ale w czym?
Nie wiem
Bo kubki, szklanki wszystkie są w zlewie
Stosem do zmycia naczyń zawalonym
Wiem! Zaparzę kawkę w kubku smakowym


PS. Serniczek mięciutki wypiekiem wyborowym

września 01, 2018

Szlakiem śmierci


Oszalałem. Mam ochotę pisać i pisać. A żeby moje pisanie miało jakiś praktyczny wymiar postanowiłem napisać list motywacyjny. Zresztą od dawna chcę go napisać. Problem polega na tym, że nie wiem do kogo mam ten list napisać. W obliczu tak poważnych turbulencji losu doszedłem do wniosku, że z listem poczekam na lepsze czasy, a tymczasem napiszę krótki reportaż z mojej niedoszłej wycieczki do świętego miasta zwanego Częstochową.

Niedoszłej, bo do miasta, w którym Kmicic z "Potopu" Sienkiewicza walczył o odkupienie swojego dobrego imienia, a Muniek Staszczyk uczęszczał do Czwartego Liceum Ogólnokształcącego, w którym wszystko możnaznaleźć, nie dojechałem. Godzinę łapania autostopa na trasie szybkiego ruchu pod Piotrkowem Trybunalskim utwierdziło mnie w przekonaniu, że do Częstochowy jechać mi dane nie jest. I nie pojechałem. Poszedłem za to do pobliskiego Piotrkowa. Poszedłem i przekonałem się, że nawet krótka wycieczka może tchnąć w serce nowego ducha. Przy okazji uświadomiłem sobie, że poznawanie ludzi, słuchanie i spisywanie ich historii to całkiem fajne zajęcie. Trochę, jak czytanie książki pisanej przez życie.

Historie ludzkie z niedoszłej wycieczki do Częstochowy obfitowały w smutne wydarzenia. Bo śmierć trzydziestotrzyletniej dziewczyny będącej żoną równie młodego chłopaka z dwójką dzieci to nie może być wesołe wydarzenie. To raczej okrucieństwo losu.

Opowiadał mi tą historię chłopak, który zabrał mnie na autostop z Łodzi pod Piotrków Trybunalski. Jechał z dwójką dzieci. Kiedy się zatrzymał, żeby mnie zabrać powiedział: Mam jedno miejsce wolne, to mogę Cię wziąć. Teraz, kiedy piszę te słowa, mam wrażenie, że jechałem na miejscu jego zmarłej żony. Moje problemy przy tej historii wyblakły. Zniknęły jak słowa zapisane na białej kartce atramentem sympatycznym. Kiedy wysiadałem życzył mi szerokiej drogi. Ja mu życzyłem jak najlepiej.

Spacer po Piotrkowie Trybunalskim zaprowadził mnie na Szlak Starych Cmentarzy. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że idę tropem śmierci. Ale nie protestowałem, śmierć to część życia i nie będę jej wypierał ze świadomości. Co z tego, że ja nie będę o niej myślał, kiedy ona myśli o mnie bezustannie.

Na Szlaku Starych Cmentarzy odwiedziłem dwa cmentarze. Pierwszy, na którym rosły, stuletnie dęby(wiedziałem, że stuletnie, bo w Wieluniu – mieście, w którym oficjalnie rozpoczęła się druga wojna światowa – widziałem stuletni Dąb Kościuszki. Został zasadzony tam w 1917 roku na setną rocznicę jego śmierci. Te na cmentarzu w Piotrkowie były podobnej wielkości)przywitał mnie zadbanymi pomnikami pamiętającymi Powstanie Styczniowe(1863) i rok wydania „Quo Vadis” H. Sienkiewicza(1896). Czułem, że dotykam historii. Jakby tylko ludzie leżący pod tymi pomnikami mogli wstać i  opowiedzieć mi dzieje tamtych lat. Złudne nadzieje, prędzej ja kiedyś zniżę się do ich poziomu.

Drugim cmentarzem, jaki odwiedziłem na Szlaku Starych Cmentarzy był cmentarz, na którym pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, była siedząca przy wejściu staruszka. Obierała jabłka. Drugie, co mi się rzuciło w oczy był starszy pan siedzący między zarośniętymi bluszczem grobami. Spytałem się starszego pana o to czy to jest niemiecki cmentarz, bo wszędzie widzę niemieckie nazwiska. Odpowiedział mi, że to cmentarz ewangelicki, że ma problemy ze słuchem, że jest po udarze i że w ogóle jest słaby. Odpowiedział mi w ten sposób po czym chwycił zardzewiały sekator i zaczął wycinać bluszcz. Nie mogłem na to patrzeć bezczynnie. Chwyciłem sekator i pomogłem starszemu panu wycinać zachłanne na wszystko, poplątane pędy.

– A co ma pan wytatuowane na ręku? – pytam się widząc niewyraźne, niebieskie kreski na nadgarstku starszego pana.
– Słucham, słabo słyszę – odpowiada starszy pan.
Ponawiam pytanie podkręcając potencjometr głośności mojego aparatu gębowego.
– Samolot – mówi – służyłem w jednostce lotniczej w Bydgoszczy w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym roku. Zardzewiały sekator w mojej dłoni pustoszy połacie poplątanego bluszczu. Z pod zarośli wyłaniają się ukryte pod nimi cementowe płyty.
Z dalszej rozmowy wynika, że starszy pan ma osiemdziesiątsześć lat. Opowiada mi o wojnie, w czasie której miał osiem lat.
– Osiem lat – sobie myślę – to tyle, co miał jeden z synów chłopaka, który opowiadał mi dziś o śmierci swojej żony. Śmierć zbiera żniwo zawsze i wszędzie. Ile kolegów starszego pana nie przeżyło wojny?

Wycięliśmy bluszcz wspólnymi siłami. Starszy pan podziękował mi za pomoc. Odpowiedziałem, że nie ma za co. Oddalając się w swoją stronę życzyłem starszemu panu jak najlepiej. Nie mogłem pozbyć się smutnych i ironicznych myśli, że osiemdziesięciosześcioletni, schorowany pan dorabiający sobie na cmentarzu już nie może być bliżej śmierci. Razem z małżonką, która mu towarzyszy siedząc przy wejściu na cmentarz, obcują z nią na co dzień.

Będąc w Piotrkowie Trybunalskim pełnym urokliwych kamieniczek, z których pomarszczona farba schodzi płatami ze ścian niczym skóra ze zbyt intensywnie opalającego się plażowicza, nie mogłem zapomnieć o regionalnym napoju o tajemniczej nazwie „Jałowiec”. To bezalkoholowy napój na bazie owoców jałowca i chmielu. W smaku podobny do… „Jałowca”. Nie można go podrobić, jest jedyny w swoim rodzaju. W sklepie spożywczym kupuję dwie butelki, jedną dla siebie, drugą dla kogoś w prezencie. Udaję się w stronę dworca i jadę do domu, w którym, ogarnięty rządzą pisania, biorę się za pisanie listu motywacyjnego, który chcę napisać od dawna do, nie wiem jeszcze, kogo.


sierpnia 24, 2018

Śmierdząca sprawa


Wysyłkę i zwroty masz zawsze za darmo!!! – szarpnął mnie za ucho reklamowy slogan podczas oglądania filmu na You Tube. Po dłuższym zastanowieniu się nad tematem darmowych wysyłek i zwrotów doszedłem do wniosku, że co mnie to obchodzi? Kolejny reklamowy chwyt mający na celu złapać mnie w sidła marketingu. Opędziłem się od natrętnych myśli o darmowych wysyłkach i darmowych zwrotach. Za to nie mogę się opędzić niczym od komara bzyczącego przy uchu od pytania: Jak ułatwić życie? Brzęczy mi to pytanie nad głową i brzęczy. Brzęczy od wczoraj, od momentu, kiedy wróciłem do domu ze spaceru z psem.

Nie chcę się rozpływać w górnolotnych ideach typu: Zrób codziennie jeden szlachetny uczynek, bo to chyba jasne, jak światło bijące od dobrych aniołów. Szlachetnych uczynków nigdy dość.  Moje pytanie „Jak ułatwić życie?” ma konkretniejszy wydźwięk. Chciałbym zaadresować je do wszystkich właścicieli psów. Zwłaszcza właścicieli mieszkających ze swoimi czworonożnymi przyjaciółmi na blokowiskach.

Jak ułatwić życie?

Sprzątać po swoich czworonożnych, szczekających pupilach. W ten sposób nie tylko ułatwi się życie panu dozorcy, który nie będzie musiał tego wszystkiego zbierać, ale też i sobie, bo zmniejszy się szansa na złapanie mandatu za niesprzątanie. W sumie lepiej posprzątać kupę po swoim psie, niż wyłożyć kupę szmalu na mandat, którego można było  spokojnie uniknąć. I najeść się kupy nerwów przy okazji płacenia tego mandatu. Sprzątanie po swoim czworonożnym przyjacielu ma jeszcze jedną zaletę: Mniej ludzi wdepnie w jakieś gówno. A życie bez psich niespodzianek na podeszwie buta jest łatwiejsze.

Poruszając śmierdzący temat sprzątania po swoim psie przypomniała mi się historia pana Janusza, który nigdy nie sprzątał tego, co jego pies zostawiał. A jego pies nie był mały, gabarytami przypominał miniaturowego konia. To, co po sobie zostawiał przerastało wszelkie wyobrażenia, przypominało to, co zostawia po sobie koń. Sąsiedzi w końcu się wkurzyli, pozbierali kupy wielkiego psa do kupy i i położyli panu Januszowi na wycieraczce przed wejściem do mieszkania. Kiedy pan Janusz szedł w kapciach do zsypu wyrzucić śmieci wpadł w gównianą pułapkę, przy której leżała kartka: PO PSIE SPRZĄTAMY. W złości zadzwonił na policję. Gdy stróże prawa przybyli zbadać sprawę stwierdzili, że w gównie nie będą się babrać i że mają ważniejsze sprawy na głowie. Został biedak sam ze swoim problemem. Pan Janusz na szczęście był pojętnym facetem i pojął, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Od tamtej pory sprząta po swoim psie i wszystkim mieszkańcom okolicy żyje się łatwiej.

Jeśli chodzi o mnie, to nie chcę mieć przygód podobnych do przygód pana Janusza. Sprzątam po swoim psie, bo jest to rzecz w moim zasięgu ręki. Cieszę się ja, cieszą sąsiedzi i cieszy się pan dozorca, który nie musi zbierać wszystkiego, co mój pies zostawi.  Nawet kupiłem przez Internet specjalne torebki do sprzątania kup. Niestety za wysyłkę musiałem słono zapłacić. Nie było tak różowo, jak na reklamie, w której reklamowy slogan szarpnął mnie za ucho obwieszczając: Wszystkie wysyłki i zwroty masz za darmo!!! Nie mam za darmo. Mam za to czyste sumienie, portfel, z którego nie ubędzie pięćset złotych na mandat za niesprzątanie po psie i mam też trochę czystsze podwórko, na które codziennie z nim wychodzę.

sierpnia 06, 2018

Guma

Było tak gorąco, że buty wtapiały mi się w asfalt. Wyrażenie „palić gumę” nabrało dla mnie nowego znaczenia. Gumowe podeszwy moich płóciennych pepegów jarały się ogniem piekielnym. Jęzory ognia w kolorze czerwonej papryczki chili smagały mnie bezlitośnie od pięt do łydek. I wtedy lunął deszcz. Nawet bym się ucieszył, gdyby to nie był deszcz meteorytów…

Nastała ciemność...

sierpnia 02, 2018

Google


W mapach Google znalazłem las całkiem blisko od mojego miasta. Pomyślałem, że pojadę sobie pospacerować… Po dwóch godzinach bezskutecznego szukania zadrzewionego terenu zrezygnowałem. Zmęczonym krokiem udałem się w stronę stacji kolejowej. Siedząc na peronowej ławeczce i rozmyślając o tym, że Google kłamie podając nieprawdziwe informacje, usłyszałem głos. To starszy człowiek do mnie mówił pytając się dlaczego jestem taki zrezygnowany. Odpowiedziałem mu o moich rozterkach. O tym, że nie ma lasu, który miał tu być i w ogóle o tym, że Internet kłamie. Odpowiedział mi, że las jeszcze tydzień temu był, ale przyszli ludzie z piłami, wycieli go i wykarczowali. Ucieszyłem się, że Google nie kłamie, aczkolwiek byłem zły, że nie aktualizuje informacji. 

Wróciłem do domu i wysłałem do Google maila, w którym napisałem, że informacje zawarte na Google Maps nie mają pokrycia w realnym życiu. Odpisali mi, że nie warto wierzyć we wszystko, co w Internecie napiszą i pokażą, wszak w nim każdy może napisać i pokazać wszystko, co chce, a to, co było aktualne wczoraj, dziś już może leżeć na śmietniku historii albo płonąć na stosie nieprawdy.

 Do dziś nie wiem, czy wierzyć w te słowa czy nie. W końcu wyczytałem je w Internecie i nie wiem czy są prawdziwe i czy są jeszcze aktualne.

Copyright © 2016 Słowem Przez Życie , Blogger