sierpnia 06, 2018

Guma

Było tak gorąco, że buty wtapiały mi się w asfalt. Wyrażenie „palić gumę” nabrało dla mnie nowego znaczenia. Gumowe podeszwy moich płóciennych pepegów jarały się ogniem piekielnym. Jęzory ognia w kolorze czerwonej papryczki chili smagały mnie bezlitośnie od pięt do łydek. I wtedy lunął deszcz. Nawet bym się ucieszył, gdyby to nie był deszcz meteorytów…

Nastała ciemność...

sierpnia 02, 2018

Google


W mapach Google znalazłem las całkiem blisko od mojego miasta. Pomyślałem, że pojadę sobie pospacerować… Po dwóch godzinach bezskutecznego szukania zadrzewionego terenu zrezygnowałem. Zmęczonym krokiem udałem się w stronę stacji kolejowej. Siedząc na peronowej ławeczce i rozmyślając o tym, że Google kłamie podając nieprawdziwe informacje, usłyszałem głos. To starszy człowiek do mnie mówił pytając się dlaczego jestem taki zrezygnowany. Odpowiedziałem mu o moich rozterkach. O tym, że nie ma lasu, który miał tu być i w ogóle o tym, że Internet kłamie. Odpowiedział mi, że las jeszcze tydzień temu był, ale przyszli ludzie z piłami, wycieli go i wykarczowali. Ucieszyłem się, że Google nie kłamie, aczkolwiek byłem zły, że nie aktualizuje informacji. 

Wróciłem do domu i wysłałem do Google maila, w którym napisałem, że informacje zawarte na Google Maps nie mają pokrycia w realnym życiu. Odpisali mi, że nie warto wierzyć we wszystko, co w Internecie napiszą i pokażą, wszak w nim każdy może napisać i pokazać wszystko, co chce, a to, co było aktualne wczoraj, dziś już może leżeć na śmietniku historii albo płonąć na stosie nieprawdy.

 Do dziś nie wiem, czy wierzyć w te słowa czy nie. W końcu wyczytałem je w Internecie i nie wiem czy są prawdziwe i czy są jeszcze aktualne.

lipca 03, 2018

Plus i minus


Wypadłem z rytmu pisania dziennika. Wystarczyło cztery dni nie pisania i już zapomniałem, jak to się robi, że tak powiem, z lekkością pióra. Ale z drugiej strony myśli me krążą wokół pytania czy miałem o czym pisać. Oczywiście, że miałem. Mogłem pisać o sztuce znajdowania plusów tam, gdzie na pozór ich nie ma. I o sztuce trzymania się tych plusów w powodzi zalewających minusów. A, jak mogłem się ostatnio przekonać, nie jest to sztuka łatwa.

Jeśli istnieje takie pojęcie, jak zawód ulicznego grajka, to z zawodu jestem ulicznym grajkiem brzdąkającym na gitarze. Biorę w rękę gitarę, którą kupiłem dawno temu za sto złotych, jadę do wybranego miasta i sprawdzam czy da się w tym mieście zarobić. Bywa różnie, ale ostatnio się załamałem. W pewnym małym mieście, w którym zawsze udawało mi się zebrać przyzwoitą ilość monet, ostatnio mi się takiej ilości zebrać nie udało. Mówiąc bardziej szczerze nie udało mi się zarobić nic ponad zwrot kosztów podróży i paru złotych na lizaka. Dobrze, że chociaż tyle mi się udało, nie zawsze jest tak, jak się chce.

Ale problem polegał na czymś innym. Polegał na tym, że wtedy ogarnęła mnie potężna depresja i to małe niepowodzenie rzuciło się cieniem na wszystkie chyba sprawy, którymi się zajmuje. Ogarnęła mnie zupełna niechęć do wszystkiego, której chcąc nie chcąc musiałem stawić czoła. W sumie lepiej stawić czoła, niż kroczyć pochyłą ścieżką w dół, na której końcu znajduje się paczka żyletek z i instrukcją pt. „Jak skutecznie podciąć sobie żyły i zabić się na śmierć”. Zdecydowanie wolałem stawić czoła atakującej mnie zewsząd niechęci, która mnie otaczała, jak stado dzikich psów atakujących swoją ofiarę. Walkę o przetrwanie rozpocząłem od próby powrotu do przerwanych czynności. Od szukania chęci w morzu niechęci.

Na początek postanowiłem ponownie przypuścić atak na miasto, w którym ostatnio mi zbieranie monet nie poszło. Ale wszystko mi mówiło, że to nie ma sensu. Kiepska pogoda, poniedziałek i jeszcze kilka innych. Po gorączkowym szukaniu argumentów przemawiających za, udało mi się znaleźć cztery:

  • Jest pierwszy dzień miesiąca czyli dzień wypłat.
  • Być może uda mi się poprawić ludziom humor w ten pochmurny poniedziałek.
  • Z uwagi na kiepską pogodę drzwi do sklepów i okna będą pozamykane, to sprzedawcy nie będą zmuszeni słuchać mojego trzygodzinnego „występu”.
  • Inwestuję tylko pięć złotych i osiemdziesiąt groszy w dojazd podmiejską koleją.


Przekonałem się tymi argumentami i pojechałem. Już po godzinie żałowałem, że przez trzy dni się martwiłem jednym niepowodzeniem. Jeśli chodzi o zbierane monet to była bajka. Jeśli chodzi o uśmiech ludzi, też była bajka, bo wyglądali na szczęśliwych z powodu mojej obecności, co udowadniali mi dosyć częstym wrzucaniem monet.

Niestety sielanka nie trwała długo. Zaatakował mnie deszcz. I o ile powiedzenie „Z cukru nie jesteś” do mnie przemawia, tak dla drewnianej gitary powiedzenie „naucz się tańczyć w deszczu” już nie koniecznie. Niechętnie zwinąłem manatki zastanawiając się nad kupnem ogromnego parasola takiego jakie są w piwnych ogródkach. Ale i tak się cieszyłem się, że udało mi się wyjść z morza niechęci i udowodnić sobie, że powiedzenie "następnym razem będzie lepiej" ma sens.
 
 Tak właśnie zaczęła się moja przygoda ze sztuką szukania argumentów przemawiających za w morzu argumentów przemawiających przeciw. I koncentracji się na nich mimo tego, że te przemawiające przeciw chcą wedrzeć się we mnie za wszelką cenę.

A ta przygoda by nie miała miejsca, gdybym nie przeczytał „Optymizmu można się nauczyć” Martina Seligmana




lipca 02, 2018

Tabor


W taborze kolejowym
Rodzina dzieciata
W podróż wyrusza międzymiastową
Tona bagażu
Albo i dwie
Przez ten bagaż sam
W tabor ledwie zmieściłem się
Uff…
Jakoś się udało
Tabor nie rusza
Coś mu się stało
Zepsuł się
Cały się pienie
Bagaż za ciężki
Jest przeciążenie
Nie miło
Nie fajnie
Nie spoko
Nie klawo
Nie rusza tabor
Serce me wkurzone
Bije jak dzwon
Na Anioł Pański
Tabor się zepsuł
Przez tabor cygański
Co bagaż ma wielki
Jak willa Putina
Rodzina dzieciata
Tabor cygański
Z toną bagażu
Tabor zatrzymał…

A na mnie czeka
Kobieta wykwintna
Z lampeczką wina…

czerwca 28, 2018

Siedem dziewcząt z Albatrosa


Samodoskonalenie nie jest sprawą prostą. Wymaga, po pierwsze, samozaparcia, po drugie, jeszcze większego samozaparcia. I chęci też dużo wymaga. Wczoraj na przykład w ramach samodoskonalenia się uczyłem się grać na gitarze kilku piosenek. Najtrudniej było zagrać te, które absolutnie nie mieszczą się w moim światopoglądzie. I o ile „Mój jest ten kawałek podłogi” czy „Mniej niż zero” sprawiało mi przyjemność, o tyle „Siedem dziewcząt z Albatrosa” już mniej. Niepowstrzymane siły co sekundę ściągały mi rękę z gitarowego gryfu mówiąc: Daj sobie z tym spokój. 

Z wielkim trudem, ale spokoju sobie nie dałem, przeznaczając na naukę „Siedmiu dziewcząt” dokładnie tyle czasu, ile na nią przeznaczyłem. A i tak dalsza nauka przede mną.

Uczę się grać piosenek, których nie lubię z dwóch powodów. Po pierwsze w życiu nie zawsze się robi, to co się chce i lubi, po drugie to, że ja czegoś nie lubię, nie znaczy, że nie lubi tego ktoś inny. I może sprawię kiedyś komuś przyjemność grając mu właśnie piosenkę „Janusza Laskowskiego”.

 Zresztą w miarę upływu czasu nawet zacząłem się przywiązywać do tego szlagieru i zacząłem odczuwać pewien rodzaj sympatii. To jest chyba tak, jak z uprzedzeniami – nic o Tobie nie wiem, ale Cię i tak nie lubię. I chyba jest też tak, jak mi mówiła pani od matematyki w liceum – wszystko jest trudne, dopóki tego nie zrozumiesz albo nie nauczysz. No tak, nie umiem, to be, ale jak widzę, że mi wychodzi, to nawet zaczyna się podobać. Nie wiem, jak inni, ale ja się pod tym podpisuję.

Samodoskonalenie nie jest sprawą prostą ale ma jedną potężną zaletę: Nigdy się nie kończy, bo nie można być doskonałym w stu procentach i zawsze znajdzie się coś, w czym można się podszkolić. Tym samym samodoskonalenie się jest idealnym sposobem na zabicie nudy. I doskonałą alternatywą dla telewizji albo innych dyskretnych złodziei czasu. Tak, tak, bo telewizja, telefony i gry są złodziejami czasu. Kradną go tak samo, jak komary, kleszcze czy inne pasożyty kradną krew.

 Samodoskonalenie też kradnie czas, ale daje w zamian nową wiedzę, umiejętności i, co chyba najważniejsze, satysfakcję. Chociaż czasami to  wąska, kamienista droga najeżona cierniami, którą, powołując się na słowa Biblii, nie idą wszyscy. Ale wierzę w to, że na końcu tej drogi jest szampan. I to nie jakaś alkoholowa oranżada za pięć złotych z marketu, ino porządny prawdziwy szampan z Szampanii. Jak tylko dane będzie mi go pić, to wypiję go w akompaniamencie "Siedmiu dziewczyn z Albatrosa"

czerwca 27, 2018

Artykuł


Wczoraj wstąpiła we mnie, niczym diabeł w zbłąkaną duszę, ochota na napisanie artykułu. Z tego, co mi wiadomo, żeby napisać dobry artykuł, należy postawić w nim pytanie, na które autor artykułu znajdzie odpowiedź. Można też przedstawić wnioski z badań albo obalić lub potwierdzić stawianą tezę. Ja postawiłem pytanie brzmiące „Dlaczego nie warto narzekać?” Napisałem pytanie na kartce i zacząłem szukać odpowiedzi. I wtedy się dowiedziałem, że to nie takie łatwe.

Nie łatwe, bo artykuł to artykuł. Ma być rzetelny i najlepiej poparty jakąś merytoryczną wiedzą. Główkuję gorączkowo i nagle… przypominam sobie, że…

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami studiowałem resocjalizację, na której studiowaliśmy książkę pana Seligmana  o dużo obiecującym tytule „Optymizmu można się nauczyć”. Jakby nie patrzeć optymizm jest lekarstwem na narzekanie, więc uznałem, że znajdę tam użyteczne informacje. Nie wiele myśląc wchodzę w neta, ściągam „Optymizmu można się nauczyć”  w formacie PDF i czytam. Nie wiedziałem, że właśnie wchodzę w las informacji, z którego nie wyjdę przez najbliższe kilka godzin. Jakbym wiedział, to bym sobie winogron do skubania nakupił. I więcej kawy przygotował, bo tej zaczęło mi brakować podczas lektury. Nie wiedziałem też, że ta wiedza przyda mi się tak bardzo następnego dnia, bo następny dzień, czyli dzisiejszy, nie był dla mnie w pewnych kwestiach najlepszy. Ale po kolei. Najpierw odpowiem na pytanie…

O co chodziło autorowi z tym, że optymizmu można się nauczyć? W jaki sposób?

Jakby to powiedzieć w sposób najprostszy to, zamiast narzekać, że coś nie wychodzi, to skupić się na tym, co wychodzi, na co mam wpływ i uświadomić sobie, że nie wszystkie porażki są z mojej winy. Wczoraj na przykład znajomi czekali na mnie dłużej niż powinni tylko dlatego, że nie przyjechał tramwaj. To najprostszy przykład tego, że nie wszystko się musi dziać z mojej winy. A czasami coś nie wychodzi, bo prostu ma się gorszy dzień. A jak dziś ma się gorszy dzień, to jest duża szansa, że jutro będzie lepszy i nie trzeba od razu mówić, że wszystko jest do dupy…

Czytając „Optymizmu można się nauczyć” pojąłem w mig, że mogę się go nauczyć zmieniając sposób wyjaśniania swoich niepowodzeń. Zamiast mówić, że jestem do chrzanu, bo coś mi nie wyszło, mówić, coś mi nie wyszło, bo akurat chwilowo byłem niedysponowany. Cytując słowa Muńka Staszczyka z piosenki „Chłopaki nie płaczą” najlepiej powiedzieć sobie „Nie bój nic, jutro przecież też jest dzień” i jutro na pewno będzie lepiej.

Można też, zamiast mówić, że jestem do chrzanu poszukać w sobie czegoś, w czym się do chrzanu nie jest. Przecież cały człowiek nie może być do chrzanu i na pewno ma, że tak powiem, trochę asów w rękawie. Być może nie umiem śpiewać, ale może mam dryg do matematyki albo do naprawiania zepsutych sprzętów w chałupie. Dlatego od wczoraj szukam w sobie atutów.

Ta wiedza przydała mi się dziś, bo w sprawach zarobkowych nie poszło mi dziś w ogóle i troszkę się strułem i załamałem Ale mówiąc sobie, że nie zawsze jest kolorowo, że jutro będzie lepiej i skupiając się na przyjemnych stronach egzystencji, i jeszcze podżerając przy tym banany, zrobiło mi się lepiej. „Optymizmu można się nauczyć” dosłownie dziś uratowała mi życie. Ale nie rozwiązała niestety mojego problemu zawartego w pytaniu, jakie postawiłem w pisanym artykule, który postanowiłem wczoraj napisać. Odpowiedzi na pytanie „Dlaczego nie warto narzekać?” w tej książce nie znalazłem. Byłem zmuszony sam znaleźć odpowiedź na to pytanie na własną rękę. I znalazłem, nawet kilka, ale przytoczę tą według mnie najważniejszą:

Dlaczego nie warto narzekać?

Bo to wkurwia tych, którzy narzekać nie chcą i chcą zmieniać świat raczej na lepsze. Bo kto to słyszał, żeby pesymista zmienił świat na lepsze. Chociaż, jakby tak się głębiej zastanowić, to pesymiści też się przyczyniają do wzrostu Produktu Światowego Brutto – zwiększają popyt na chusteczki higieniczne i melancholijne piosenki, przy których nic, tylko płakać. Ale, na dłuższą metę, może to prowadzić do zapotrzebowania na różne tabletki antydepresyjne. A tak to chyba nikt nie chce. Dlatego lepiej przeczytać „Optymizmu można się nauczyć” i dowiedzieć się, jak uczynić świat ciut weselszym.

czerwca 26, 2018

Quo Vadis?

Wracając do pytania o to czy sprytny czas goni czy raczej ucieka, które zadałem sobie wczoraj to odpowiedzi nie znalazłem. Znalazłem za to odpowiedź na pytanie, jak konstruktywnie  spędzić dzień w domu. Jeszcze do niedawna miałem z tym problem, ale przyszedł czas zmiany nawyków i odkryłem, że nie trzeba wyczyniać cudów, żeby mieć poczucie dobrze spędzonego dnia. Wystarczy tylko(albo aż) znaleźć odpowiedź na pytanie zadane przez jednego z najsłynniejszych Henryków w historii Polski. Pytanie brzmiące…

Quo Vadis?

Quo Vadis czyli dokąd idziesz? Jak by tak się zastanowić, dokąd można iść, to… można iść wszędzie. Ja na przykład wczoraj, siedząc na chatce, poszedłem do szuflady, wyjąłem z niej książki do języka włoskiego i zacząłem realizację planu o kryptonimie „Powolne, ale systematyczne wtłaczanie języka włoskiego w krew”. Szczerze powiedziawszy nawet nie zauważyłem, kiedy minęła mi godzina, jaką przeznaczyłem na tą czynność. Godzina, bo podzieliłem dzień na godziny, podczas których robiłem konkretne rzeczy. W moim przypadku była to godzina włoskiego, godzina biegania, godzina zakupów, godzina czytania jednej książki, godzina czytania drugiej książki, godzina relaksu, godzina obiadu, godzina pisania opowiadania pół godziny drzemki, godzina o której należy położyć się spać. Takie dzielenie dnia na godziny daje poczucie dobrze spędzonego czasu. A dokąd szedłem i po co tam szedłem wykonując te czynności?

Wiadomo, że żeby coś robić, trzeba wiedzieć po co? Dlatego gorączkowo szukając odpowiedzi na to pytanie znalazłem najprostszą, jaka chyba może być? Żeby zdobyć wiedzę i umiejętności które mogę jakoś w życiu wykorzystać. Na przykład czytanie książek naukowych w połączeniu z życiowym doświadczeniem może zaowocować napisaniem artykułu, opowiadania albo felietonu, który z kolei mogę komuś sprzedać. W dobie informacji zapotrzebowanie na artykuły jest spore, a pisząc artykuł zwiększam szansę na to, że komuś go sprzedam. To chyba logiczne. Bieganie poprawia moją wydolność, która zapewne przyda mi się podczas mojego przedsięwzięcia Toruń – Morze Bałtyckie, a język włoski na pewno ułatwi mi wyjazd do Włoch, jeśli tylko będę chciał tam pojechać. Wszystko jest po coś. Jak się dokładnie wie po co, to wiadomo, dokąd się idzie. A jak wiadomo, dokąd się idzie, to wiadomo, czym się zająć. A jak wiadomo, czym się zająć, to można konstruktywnie spędzić dzień. Nawet w domu.

To chyba tyle, jeśli chodzi o wczorajszy dzień spędzony na rzeczach mogących być w przyszłości rzeczami przydatnymi. A wracając do pytania zawartego w tytule tego rozdziału, to może to „Quo vadis” Sienkiewicza, co prawda po raz trzeci, bym przeczytał. Choćby po to, żeby jaką recenzję tu strzelić spontanicznie.

Ciąg dalszy chyba nastąpi...

Copyright © 2016 Słowem Przez Życie , Blogger