czerwca 12, 2018

Wycieczka


Pewnego pięknego czerwcowego dnia postanowiłem w ramach planu „Jedno spontaniczne działanie w miesiącu” udać się do wioski, oddalonej od mojego miasta o około dwadzieścia kilometrów, na piechotę. Motywem tej krótkiej wycieczki uczyniłem kupno doładowania do telefonu. Mogłem to zrobić przez Internet, ale stwierdziłem, że nie, że poświęcę ten dzień mojego życia na ten krótki spacer. No i poszedłem. Po pięciu godzinach przebierania nogami i przedzierania się przez krzaki, bo szukałem najlepszych skrótów, po pięciu godzinach strachu o żywotność baterii w telefonie wskazującym moją aktualną lokalizację dotarłem do celu.

Na miejscu wszystko było, otwarty kiosk, papierowy wydruk z kodem doładowującym, a nawet budka z lodami, w której nabyłem pyszne dwie gałki zmrożonych miętowych przysmaków. Kiedy szedłem na autobus powrotny(bo  chciałem wrócić, jak człowiek, autobusem), celebrując mój mały sukces, rozpętała się niesamowicie wielka burza połączona z gradem i obfitym deszczem. Jakieś było moje zdziwienie, kiedy chcąc wstukać w telefon czternastocyfrowy kod doładowujący, spostrzegłem, że wydruk z kodem doładowującym całkowicie rozmiękł w przemoczonej kieszeni moich całkowicie przemoczonych spodni. Gdy wróciłem do jedynego we wsi kiosku kupić jeszcze jeden wydruk z kodem doładowującym, przywitała mnie opuszczona okiennica z napisem:

Zamknięte

Udałem się na autobus z nadzieją, że ostatni jeszcze nie odjechał.

czerwca 11, 2018

Plan


Łódź 2007

Janek mozolnie wspinał się na drzewo. Trzymał się pnia niczym striptizerka rury w klubie go go. Strach go przeszywał ale na zejście na dół nie mógł sobie pozwolić – walczył o życie. Nie o swoje, ale o życie kota Maciusia sterczącego na samym czubku rozłożystego kasztana. Zapewne wszedł tam za wróblem będącym w oczach kota Maciusia smakowitym kąskiem. Teraz kot bał się zejść. Jakaś niewidzialna siła trzymała go na szczycie tego listnego labiryntu.

Janek się wspinał i wspinał. Nie patrzył w dół. Ze swoim lękiem wysokości w najlepszym wypadku by zwymiotował. W najgorszym by zemdlał i spadł niczym kamień rzucony w czarną przepaść. Kot miauczał piskliwie. Miauczenie się urwało nagle jak hejnał mariacki. Na czubku kasztana coś zatrzepotało.
Janek zdążył tylko zauważyć oddalającą się sylwetkę sokoła z malutkim kotkiem w szponach. Dostojny ptak rozdzierał powietrze świstem prując z prędkością samolotu. Kot Maciuś wierzgał bezradnie uwięziony w sokolich szponach wbijających mu się w młode jeszcze ciałko.

– Nie! – krzyknął donośnie Janek nie szczędząc strun głosowych ani gardła – nie! Wrzask przeszył okolicę. Echo poniosło się odbijając się od pobliskich drzew. Zrobiło mu się słabo. Beznadziejność sytuacji spotęgowała złość, która rozrosła się do wielkości strzelającego lawą  Wezuwiusza. Adrenalina zalewała go z każdej strony. Zapomniał, że jest na kilkunastu metrach wysokości. Puścił się pnia w tym zapomnieniu i… niczym meteoryt zmierzający w stronę Ziemi, poszybował w dół. Siła przyciągania ziemskiego nie okazała litości, a skutki miłości do kota Maciusia, którego Janek dostał na jedenaste urodziny miały się ciągnąć za nim do końca jego dni.

Łódź 2016

Wózek inwalidzki skrzypiał jak rozstrojone skrzypce w rękach domorosłego skrzypka całkowicie pozbawionego słuchu, rytmu i, przede wszystkim, współczucia dla słuchających. Ale niestety nowy wózek nie leżał w aktualnych możliwościach finansowych Janka. Dlatego Janek się cieszył tym, co ma i nie wybrzydzał. Choć, widząc innych korzystających z inwalidzkich wózków, serce miał ściśnięte żalem.
– Też chciałbym mieć taki elektryczny – myślał – samo jeżdżący i nie skrzypiący przy każdym obrocie kołem.
Ale niestety. Do Janka nie uśmiechnęło się szczęście i, od czasu wypadku z kotem, kiedy spadł z drzewa i lekarze neurolodzy orzekli wyrok WÓZEK INWALIDZKI, był skazany na ten. Nie stać go było na lepszy. Jednak pokusa posiadania luksusowego wózka coraz bardziej wwiercała mu się w mózg szepcząc MUSISZ MIEĆ LUKSUSOWY WÓZEK ELEKTRYCZNY, MUSISZ MIEĆ LUKSUSOWY WÓZEK ELEKTRYCZNY…

O czwartej rano wkład długopisu się wyczerpał. Umarł, odszedł, popłynął do krainy wkładowych wraków. Stał się dla świata bezużyteczny, przemienił się w nic nie znaczący kawałek plastiku, z którego co najwyżej  – w połączeniu z kolorowym papierem – można by skonstruować miniaturowy maszt z flagą dowolnego kraju. Wsadzić go w rękę Barbie albo innego Kena i zrobić z nich plastikowych, pustych w środku patriotów. Wkład długopisu umarł, ale Janek zdążył zapisać nim na czterech papierowych kartkach A4 plan zdobycia inwalidzkiego wózka o napędzie elektrycznym.

Mógłbym ukraść – obwieszczały notatki – ale to za dużo ryzyka i zachodu. Co umiem? – padało pytanie z białej kartki – jakie mam umiejętności? Grać w szachy potrafię. – Hm… Muszę kupić profesjonalną lekturę o negocjacjach i nauczyć się negocjować. Trochę wiedzy negocjacyjnej nie zaszkodzi. Myśli na kartce kiełkowały, pomysły się pojawiały niespodziewanie, wyłaniały się na wierzch kartki niczym bąbelki w jacuzzi…


Łódź 2017

Nowiutki inwalidzki wózek z elektrycznym napędem sunął po ulicach miast.
– No tak to ja mogę żyć – myślał Janek dumny ze swojego wózka. Woził się nim jak egipski król lektyką, tylko za niewolników mu silniki i koła robiły.
– Gdyby tylko te nierówności chodnika były trochę równiejsze, to życie było by łatwiejsze. A tak to się czuję trochę, jak na rajdzie Paryż – Dakar. Ale, jak to w życiu, nie można mieć wszystkiego. Ale drogi luksusowy inwalidzki wózek elektryczny, jak się bardzo chce, to można. Zajechał na Zahir Kebab, zamówił wegetariańskie rolo i czekając na podanie do stołu pofrunął myślami do początków realizacji planu zdobycia swojego wypasionego, luksusowego wózka…

Łódź 2016

– No odbierz ten telefon w końcu – niecierpliwił się Janek wsłuchując się przerywany sygnał oznajmiający oczekiwanie na rozmowę – no dajesz, dajesz, odbierasz. Nie odbierał za pierwszym. Nie odbierał za drugim. Nie odbierał za trzecim. Odebrał na drugi dzień za szesnastym. Za szesnastym.
– Halo – odezwał się głos z twardym akcentem.
– Dzień dobry – rozpoczął rozmowę Janek – czy  rozmawiam z Panem Borysem Kamyczkiem, menadżerem pana Aleksa, obecnego mistrza Polski w Szachy? – zapytał się Janek.  
– Tak, a o co chodzi?
– Chciałbym stoczyć szachowy pojedynek  z Aleksem – rzekł stanowczo Janek – na pieniądze, na twardy gorący szmal. O siedem tysięcy dolców. W telefonie nastała cisza jak w tym przysłowiu, co ktoś coś tam makiem zasiał.
– A kim pan jest, kto Ty? – odezwał się Borys po drugiej stronie linii.
– Jestem Janek Sław  – przedstawił się Janek – wszelkie informacje o mnie można znaleźć  na mojej stronie Januszsław.com.pl.
– Dobra, przejrzę – odpowiedział Borys i bezceremonialnie się rozłączył.

Dwa dni później dzwonek telefonu ryknął wokalem Taco Hamingwaya: Deszcz na betonie, deszcz deszcz na betonie… Twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji. Janek rzucił okiem sokoła na telefon. Potem sam się rzucił na telefon. Borys dzwoni, strzałeczka przepływa między zieloną a czerwoną ikonką słuchawki. ­
– Ikonką słuchawki – pomyślał Janek, niedługo wszystko będzie ikonką wszystkiego, nawet żarcie będę zżerał w postaci ikonek. Porzucił błyskawicznie te potargane wiatrem skojarzeń myśli. Odebrał telefon.
– Halo – silił się na spokój mimo tego, że  w środku czuł się, jak wrząca woda w czajniku gotowana na zupkę chińską.
– Mówi Pan Borys Kamyczek – twardy akcent nadal był twardy – przeglądnąłem pana stronę. Widzę, że jest pan mistrzem regionu w szachy…
– Tak – wszedł Borysowi w słowo Janek
– I chce pan zagrać o siedem tysięcy dolców z panem Aleksem Gromem, obecnym mistrzem Polski?
– Tak – Janek żarzył się w środku jak rozpalona gandzia w szklanej lufce. Na zewnątrz był opanowany jak zamarznięte Misouri – tak, chcę zagrać z panem Aleksem o siedem tysięcy dolców.
Umówmy się u mnie – wypalił jak z dwururki Borys – jutro o szesnastej może być?
– Może być. Ale nie u Pana. Lepiej będzie w kawiarni „Franz Kawka”
– A gdzie to jest? – zapytał się Borys
– W połowie drogi między Częstochową a Łodzią, w Radomsku. Bo pan z Częstochowy jest, tak?
– Tak.
 Pasuje Panu? Twardy akcent zastanawiał się przez chwilę. – Dobra, nie ma co dłużej gadać. Jutro o szesnastej we „Franz Kawka”
– Dobrze idzie, dobrze się dzieje – emocjonował się Janek zacierając dłonie – jak wszystko pójdzie zgodnie z planem będę miał ten wózek. Będę miał ten wózek. Będę miał ten wózek. Książki o negocjacjach nie idą na marne. Dobrze mi idzie.

Wybór kawiarni przez Janka nie był przypadkowy.  Kawiarnia „Franz Kawka” w Radomsku należała do jego przyjaciela Piotrka, który jeździ tam codziennie swoim dostawczym Volksvagenem. Zadzwonił do Piotrka i… Niestety, okazało się, że Piotrek jutro kawiarni nie otwiera, bo jedzie na pogrzeb dalekiej Cioci zmarłej trzy dni temu. To była zła wiadomość. Ale pojawiła się też dobra – Piotrek przez Radomsko na pogrzeb będzie jechał, więc podrzuci Janka, potem go zabierze z powrotem i nie ma problemu i że zawsze mu pomoże i że w ogóle przyjaźń na dobre i na złe, że trzeba sobie pomagać i takie tam…

Radomsko

– Dzień dobry – rzekł Janek podając rękę Borysowi, który wyglądał, jak miękka, napompowana do rozmiarów turystycznego balonu, galaretka. Od razu dał mu ksywę Napompowany Żelek.
­­– Dzień dobry - odparł Napompowany Żelek podając Jankowi rękę. Spojrzał na wózek, potem na zamkniętą kawiarnię rzucając pytaniem. – Zamknięte?
– Zamknięte – odparł Janek. Ale…  Borys vel Napompowany Żelek nie dał dokończyć mu zdania. – Choć spakujemy te manatki do wozu i pojedziemy w miejsce, w którym ustalimy szczegóły pojedynku – rzekł przyjaźnie nie tracąc swojego twardego akcentu – przecież nie będziemy tu sterczeć jak pijaki pod budką z piwem.
Spakował wózek Janka do swojego zielonego Suva. Jemu samemu pomógł wsiąść. – To co – zapytał – kierunek Łódź? Pogadamy na spokojnie, odwiozę Cię.
Ok – odparł Janek nie bez strachu, który skutecznie zamaskował.

Po drodze nie tylko ustalali warunki pojedynku, który miał być transmitowany w lokalnej, częstochowskiej telewizji, ale również zaprzyjaźnili się. Borys vel Napompowany Żelek wbrew pozorom okazał się osobą bardzo sympatyczną. Mimo swojego twardego akcentu i powierzchownego zimna był osobą całkiem ciepłą, pomocną i gotową do współpracy mogącej przynieść korzyści obydwu stronom. W tym przypadku korzyść Borysa miała polegać na otrzymaniu od Janka informacji na temat obrazu z kolekcji bliżej nie znanego szerszej publiczności Piotra Głuszy. Mało, kto go znał, ale dla Napompowanego Żelka miał on wartość nieocenioną. Borys był jego zagorzałym fanem. Tak zagorzałym, że na poddaszu swojego jednorodzinnego domu zrobił sobie galerię z jego obrazami. Był w stanie oddać za nie wszystko. Nawet własną  duszę. Tak się akurat składało, że Janek wiedział, gdzie jeden taki obraz się znajduje, ale za tą informację zażądał jednej rzeczy – ustawionego pojedynku na swoją korzyść.

– Chcę za kasę z wygranej partii nabyć inwalidzki wózek elektryczny – bez ogródek powiedział Janek.
– Wiesz co – rzekł na tą wieść Borys – za tą informację to ja Ci po prostu zapłacę równowartość wózka. Tak będzie prościej.
Takiego obrotu sprawy Janek się nie spodziewał. Z ulgą na sercu i niewysłowioną radością przyjął tą dobrą wiadomość…

Z zamyśleń wyrwała go całkiem ładna dziewucha trzymająca w ręku zrolowane ciasto z wegetariańskim nadzieniem.
– Całkiem dobre to żarcie w tym Zahirze kebabie – pomyślał Janek ochoczo biorąc do paszczy kęs pysznego żarła. Dochodząc do końca posiłku zagłębił się w dalszą część historii zdobycia elektrycznego wózka, a właściwie dwóch elektrycznych wózków, bo…

Wracając do domu ze spotkania z Borysem, natknął się w garażu na inwalidzki wózek elektryczny, który nie wiadomo skąd się tam pojawił.
– Dziadku? – zapytał się współlokatora dzielącego z nim dom – co to jest?
– No jak to co – dziadek popatrzył na niego jak na Pigmeja, który przybył do miasta i właśnie wszedł do Media Marktu – wózek elektryczny. Dla Ciebie. Janek popatrzył na dziadka oczekując dalszych wyjaśnień. 
– Przywiózł go jakiś chłopak. Przedstawił się jako Piotrek. Mówił coś o zmarłej cioci i że jej ten wózek już nie będzie potrzebny, bo w zaświatach będzie co najwyżej  fruwała jako anioł albo spali się na popiół w królestwie Lucyfera. Janek roześmiał się tubalnym śmiechem przypominającym przerywany dźwięk puzonu.
– No tak – pomyślał – Piotrek. …nie ma problemu, zawsze mi pomoże i że w ogóle przyjaźń na dobre i złe, że trzeba sobie pomagać i takie tam różne. He He…


Dokończył wegetariańskie rolo, wytarł buzie białą serwetką i z palącym od ostrego sosu podniebieniem ruszył w stronę domu przypominając sobie kota Maciusia uwięzionego w szponach odlatującego sokoła. Przed oczami, niczym na filmie, wyświetliło mu się wspomnienie, w którym Piotrek, życząc mu wszystkiego najlepszego z okazji jedenastych urodzin, mu go daje.
– To było tak dawno temu – pomyślał Tak dawno temu. W oku zakręciła mu się łza.



czerwca 10, 2018

Wiatraczek


Wiatraczek wiruje
Powietrze kotłuje
Stojące, gorące
Jak lawa żarzące
Się wiatrak popsuł
Wzięło go licho
Bo wbił w niego kopię
Swoją Don Kichote

czerwca 04, 2018

Ognisko


Płonie wysypisko i szumią knieje 
Zapłonie mocniej jak zawieje 
Strażak wężem wodę leje...

A ten kto odwagę miał 
śmieci podpalać 
Na popiół ze wstydu 
Czarny niech się zjara

maja 28, 2018

W fotelu


Siedzę w fotelu miękkim
Jak sprzęt impotenta
Wspominam chwilę
Dokładnie ją pamiętam
Kiedy w szczelinę
Włożyła go ma ręka
Oh! Jaki byłem zadowolony
Gdy został brutalnie podziurawiony
Spokój mnie chwycił
Jakbym zżarł relanium
Gdy bilet uległ
Szybkiemu skasowaniu
Mandacik się nie trafi
Żaden od kanarów
Szczęśliwość mnie jednak
Za serce nie chwyta
Chciałbym mieć ulgowy
A mam normalny…

Lipa

maja 18, 2018

Mur


Idę, a właściwie biegnę, wzdłuż muru oddzielającego zoo od miejskiego parku. Noc miesza się z dniem. Nadchodzi świt. Słyszę wymieszane głosy ptaków – tych z zoo i tych z miejskiego parku. Miksują się jak warzywa w blenderze. A ja dalej biegnę delektując się nowowstającym dniem. Latarnie – niemi strażnicy miejskiego porządku – gasną oznajmiając koniec nocy. Ptaki dalej śpiewają, życie się toczy kołami rowerów, miejskich autobusów i samochodów, których szmer dochodzi do mnie gdzieś z daleka. Szumi wiatr. Wsłuchuję się w jego słowa, których nijak nie mogę rozszyfrować. Może mówi o tym, że może lecieć, gdzie chce, że jest wolny jak ptak.

– Ale jaki ptak? – przerywam własne rozmyślania – ten ptak z zoo czy ten z parku? Ten z zoo, zamknięty w klatce, o wolności nie może za dużo powiedzieć. Ten z parku jak najbardziej – jest wolny w pełni. W tej pełni wolności sam rusza na poszukiwanie pożywienia. W przeciwieństwie do tego w zoo nie ma zagwarantowanego socjalu w postaci codziennej miski pożywienia i napitku. Ta sama rodzina – dwa różne życia. Dwa zupełnie różne światy oddzielone od siebie pokrytym grafiti murem będącym granicą między zoo a dziką wolnością. Oddzielone od siebie murem i drutami klatek.

– A może wiatr, który wdziera mi się w uszy, mówi o czymś innym – snuję rozmowę sam ze sobą – tak, na pewno mówi o czymś innym. Może kiedyś się dowiem o czym. W głowie wybrzmiewa mi echo zakończonego wewnętrznego dialogu o ptakach mieszając się z ich głosami i miarowym tupotem moich stóp odzianych w buty do joggingu. W padającym deszczu wracam biegiem do domu zastanawiając się czy od tego biegania bardziej zrzucam z siebie kilogramy czy bardziej niespokojne myśli.

maja 15, 2018

Staroświecka nowoczesność


Szedłem na pocztę wysłać przesyłkę do mojej osiemdziesięciosześcioletniej babci. Gdy szedłem, potknąłem się o nierówność chodnika i upadłem. Prawą ręką, w której trzymałem list, wylądowałem w błotnistej mazi powstałej na wskutek wczorajszej ulewy. Podniosłem się, otrzepałem i od tej chwili wiedziałem już, jak to jest wyrzucać pieniądze w błoto, bo przesyłka dla babci to były dwa tysiące złotych w banknotach. Dowiedziałem się również, jak to jest mieć zwichniętą rękę.

Na drugi dzień, z ręką w bandażu wybrałem się w tą samą trasę. Los znowu chciał, żebym nie dotarł na pocztę. Była zamknięta z bardzo ważnego powodu – była sobota, a ja o tym zupełnie zapomniałem.

W poniedziałek miałem już bardzo silne postanowienie, że wyślę pieniądze pocztą. Nie udało się, bo akurat wypadał pierwszy maja i wszystkie urzędy były zamknięte. Miałem tego serdecznie dość. Pomyślałem, że zawiozę pieniądze mojej osiemdziesięciosześcioletniej babci osobiście.

Po przejechaniu trzystu sześćdziesięciu kilometrów dotarłem do sędziwej mamy mojego taty mieszkającej niedaleko miejskiej plaży w Gdańsku. Kiedy wręczałem jej przesyłkę spytała się mnie, dlaczego nie wysłałem pieniędzy przez Internet. Przecież w dobie informatyzacji świata to najszybsza i najtańsza opcja.

Kiedy, mówiąc mi o technicznych możliwościach dzisiejszego świata,  prezentowała mi swój najnowszej generacji  sprzęt komputerowy oniemiałem. Po chwili konsternacji spojrzałem na babcię i powiedziałem: A wiesz babciu, że ja nawet komputera w domu nie mam.  

Copyright © 2016 Słowem Przez Życie , Blogger