grudnia 12, 2017

Co robić od jutra?

Dawno, dawno temu, dziesięć lat temu, postanowiłem rzucić palenie. Udało się. Dziś , od dobrej dekady jestem szczęśliwym nie palaczem. Jak to zrobiłem? Po prostu. Po prostu wziąłem i rzuciłem palenie. Z dnia na dzień, ba, z sekundy na sekundę. Jednak nie było to takie proste, jak mogłoby się zdawać. Problemy pojawiły się już na samym początku tej nierównej walki z nałogiem. Najpoważniejszy z nich polegał na odpowiedzeniu sobie na pytanie

Na co wydać pieniądze zaoszczędzone na każdej paczce fajek?

Nie łatwo jest zdecydować, na co wydać kasę wyszarpniętą ze szponów nikotynowego uzależnienia. Pomysłów pojawiało się wiele – nowe buty, nowy telefon, może wpłacić na fundację wspierającą ludzi w potrzebie. Palił mnie ten problem strasznie. Tymczasem nałóg przybrawszy  postać pięknej niewiasty szeptał mi do ucha

– Ostatnią małą fajeczkę chodź sobie zapalimy. No ho, będzie fajnie.

I tak bez przerwy. Miałem wrażenie, że w głowie, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, gra mi reklama jednej małej fajeczki, którą muszę zapalić, żeby osiągnąć pełnię szczęścia. Mój ból polegał na tym, że nijak nie mogłem tej upierdliwej reklamy wyłączyć.  Grała mi, jak zacięta płyta. Jak świąteczne Last Christmas wdzierające się w mózgownicę od początku listopada do sylwestrowej nocy.  Ale, żeby pokonać nałóg, musiałem znieść to pokłosie dwunastoletniego przyzwyczajenia do petów.

Odkładany codziennie dziesięciozłotowy banknot, za który mogłem nabyć paczuszkę nikotynowych paluszków, po miesiącu rozrósł się do sumy trzystu złotych, które wydałem na leżące na tacce w sklepie osiedlowym… słodkie bułki

Wszystkie, z pewnego powodu, były tańsze od tych leżących na półkach w głębi sklepu. Były tańsze, bo były wczorajsze. I tutaj spokojnie wpłynęła mi do głowy odpowiedź na pytanie…

Co, z korzyścią dla siebie i innych, warto robić od jutra?


Od jutra w sklepie osiedlowym warto kupować dzisiejsze słodkie bułki. To znaczy takie dostarczone do sklepu wczoraj, ale wystawione na sprzedaż dziś, bo wczoraj się nie sprzedały. Smakują tak samo, kosztują o połowę mniej(Przynajmniej w moim osiedlowym). Mała słodka promocja. Ja wygrywam smak, pani za ladą cieszy się, że zwracają się jej koszty zakupów. Sytuacja idealna, prawda? Sami wygrani. I życie staje się nawet trochę słodsze. Co prawda akcja taka może być utrudniona w poniedziałek, bo w niedzielę zazwyczaj nie pieką słodkich bułeczek(przynajmniej nie dla mojego osiedlowego sklepu), ale zawsze można zrobić zapas albo się na zapas się nawcinać…


Wracając do mojej walki z nikotynowym nałogiem, z biegiem czasu jego kuszące podszepty stawały się coraz cichsze, cichsze, aż w końcu zupełnie przestałem je słyszeć. Czułem się trochę, jak okręt, który miotany huraganowym wiatrem, wraca do stateczności przy poprawie pogody. Po prostu spokój i radość. Frajda  z niepalenia. Nie zwolniło mnie to jednak z czujności, bo wiem, że nałóg o mnie nie zapomniał i czeka w ukryciu, żeby mnie zaatakować w chwili słabości.

Póki co jednak, nie mam ochoty wspierać producentów petów moją forsą. Niech sobie gdzie indziej frajerów szukają.  Bo po co mam własne pieniądze, że tak powiem, spalać? Już lepiej spalać kalorie  gromadzone na skutek codziennego wcinania słodkich bułeczek kupowanych po przecenie w sklepie osiedlowym. A spalać je można uprawiając np. narciarstwo miejskie


C.D.N.  

grudnia 08, 2017

Narciarstwo miejskie

Późnym popołudniem wracam na chatkę. Patrzę na zegarek. Jego wskazówki obwieszczają mi, że przede mną jest jeszcze mnóstwo dnia. Co prawda, ciemnego, bo o siedemnastej godzinie w grudniu ciężko w Polce o dzienne światło, ale do tzw. ciszy nocnej jeszcze jest szmat czasu. Jak ten czas spożytkować?  Do głowy wpada mi pomysł, którego realizacja następuje niemal natychmiastowo. Odpalam kompa, zrzucam na MP3 muzykę, przebieram się i z muzyką w uszach biegnę 10 km.

Po czasie, do którego wstyd się przyznać, kilku zadyszkach i momentach zwątpienia dobiegam do nory. Ale wychodząc z założenia, że nie czas się liczy, tylko podniesienie dupy, wyjście z chaty i przebiegnięcie wyznaczonego dystansu, jestem z siebie dumny. Zwłaszcza, że temperatura krąży w okolicach zera. Nie jeden woli w tym czasie popijać wino przy kominku, oglądać telewizję albo czytać książkę. Ja sobie książkę poczytam potem, najpierw pobiegam.

Największą atrakcją podczas biegu był pan, który jechał na rolkach przy pomocy narciarskich kijków. Ruchy, jak u narciarza, tylko zamiast nart rolki. Ciekawe rozwiązanie na bezśnieżną pogodę w mieście pełnym betonowych alejek. Narciarstwo miejskie po prostu. Narciarstwo miejskie.

Największy plus biegania


Bieganie posiada jeden wielki plus, dla którego warto je uprawiać. Pozwala na przesłuchiwanie niezliczonej ilości muzyki albo innych plików MP3. Znalazłem nawet odpowiedź na pytanie

Dlaczego warto przedłużać swoje dystanse biegowe?



Odpowiedź jest prosta, jak słupek rtęci w termometrze. Swoje dystanse biegowe warto przedłużać, żeby przesłuchać więcej muzyki z MP3 – ki. Jak dla mnie to jedna z najlepszych motywacji… 

C. D. N.

grudnia 07, 2017

Zakamarki #1

Zakamarki #1
Czasem się przechadzam po różnych zakamarkach i okropnie lubię je focić. Kiedyś może wrócę w te miejsca, żeby zobaczyć, co się zmieniło. Może nawet historię tych miejsc znajdę. Na razie tylko robię fotki...







listopada 14, 2017

Sześć książek

– Normalnie przeczytałem w życiu sześć książek – powiedział mężczyzna w czarnych okularach do kobiety siedzącej po drugiej stronie stolika. Świece rzucające migające cienie na stolik, przy którym siedzieli, podkreślały intymność tego spotkania Chłopak w czerwono – żółto - zielonym – berecie siedzący przy stoliku obok pomyślał: To żeś się chłopie naczytał. I też masz się czym chwalić – dołożył mu w myślach na dokładkę. 

Tymczasem mężczyzna w okularach ciągnął dalej
– Kolejne kilkaset przesłuchałem, jako audiobooki. Wiesz, takie książki czytane przez lektorów…
– Wiem, wiem – odparła kobieta – sama czasem ich słucham.
– Naprawdę? – odparł pytaniem mężczyzna w okularach – super! Dziś znowu mogę czytać – ciągnął dalej. Nie mogłem tego robić po wypadku, w którym straciłem wzrok, ale dziś znowu mogę. Nauczyłem się czytać i pisać Brajlem…


Chłopak w kolorowym berecie poczerwieniał w niemym wstydzie. Wstał, włożył do słomianego koszyczka należność za kawę i wyszedł na zewnątrz obiecując sobie nigdy więcej nie wyciągać wniosków ze zdań wydartych z kontekstu, bo może się to skończyć ogromnie krzywdzącą oceną drugiej osoby...

listopada 12, 2017

Historia jednego poniedziałku

Ośmy dzień czerwca, podobnie jak każdy inny dzień w roku, zaczął się od walki. Walki z grawitacją, którą muszę pokonywać każdego ranka podnosząc samego siebie z łóżka.  Ale nie był to dzień, jak każdy inny. To był dzień, w którym weekendowe zasiedzenie na kanapie pomieszało się z niechęcią  do wszystkiego, co znajduje się poza granicami mojej kawalerki. A wyjść poza te granice musiałem. Choćby po to, żeby w zakładzie pracy, gdzie pełniłem rolę informatyka, powiedzieć szefowi dzień dobry i ze sztucznym uśmiechem na twarzy wykonać wszystko, co mi wykonać każe.

Ulewa atakująca mnie tego poniedziałkowego ranka  nie była szczytem moich marzeń. Szczytem marzeń nie był też czerwony passat wjeżdżający z prędkością odrzutowca w kałużę, na której wysokości akurat stałem i rozkładałem parasol. Sowicie poczęstowany kroplami deszczówki wypełniającej dziurę w jezdni,  zamarzyłem o jak najszybszym powrocie do moich prywatnych czterech ścian. Niestety, szef, który w mojej wyobraźni przybrał kształty szablo zębnego tygrysa, skutecznie to marzenie rozwiewał.  Do pracy jechać musiałem i musiałem pokornie wykonać polecenia szefa. Najchętniej rzuciłbym tą pracę w diabły, ale kredyt, mieszkanie, życie… strach sprowadzał cały mój bunt do poziomu podłogi i trzymał go tam ciężkim, podkutym butem.

Zmoknięty, zachlapany i rozmyślający o tym, jakie dziś szef – tygrys ma dla mnie zadanie, spotkałem kolegę z liceum. Rozpoczęliśmy wspólne oczekiwanie na tramwaj.

– Kupę lat – ponuro witam się z podejrzanie uśmiechniętym kolegą. Jak można być tak uśmiechniętym z rana? I to jeszcze w poniedziałek – myślę – to musi być spisek. On na pewno coś knuje.
– Cześć Paweł!!! – entuzjastycznie odpowiada kolega – no będzie ze siedem!!!
– Co siedem? – pytam się zdziwiony
– No ze siedem lat, jak się nie widzieliśmy! – mówi błyszcząc zębami.
– Skąd w nim tyle radości? – to pytanie nie daje mi spokoju. – No faktycznie gdzieś tyle będzie – bąkam nieśmiało cały czas zachodząc w głowę, skąd w nim tyle entuzjazmu. W totka wygrał czy co? W końcu nie wytrzymuję i zadaję pytanie wprost.
 – Skąd taka radość u Ciebie? I to w taki beznadziejnie deszczowy poniedziałek? Patrzy na mnie zdziwiony, ale wciąż uśmiechnięty od ucha do ucha i mówi
– Bo to pracy jadę Pawle! – entuzjazm z niego bije, jak woda z fontanny – bo do pracy jadę!!!
– I to jest rzeczywiście taki powód do radości? – sobie myślę podczas gdy on ciągnie dalej tonem zarażającym optymizmem – po trzech latach tułania się na bezrobociu od zlecenia do zlecenia w końcu dostałem posadę! Nawet nie wiesz, jak się cieszę!!!
– A jaką posadę złapałeś? – pytam czując, jak kąciki ust podnoszą mi się w uśmiechu do góry. – Posadę dozorcy kamienicy na Śródmieściu…

Głupio mi się zrobiło, że śmiem narzekać na swoją pracę informatyka w jednej z największych firm w kraju. Że jestem strasznie smutny, choć mam tak dużo, a on niesamowicie wesoły posiadający wiele, wiele mniej.
– To ja wsiadam – wyrwał mnie z zamyślenia radosnym głosem człowieka szczęśliwego – do zobaczenia. I tak się rozstaliśmy.

Czekając na swój tramwaj spojrzałem na ten deszczowy poniedziałek z zupełnie z innej strony. Ze strony człowieka, który marzy o tym żeby tylko zerwać się z łóżka i poniedziałkowym świtem biec do miejsca, w którym będzie mógł cieszyć się swoją pracą. Jakakolwiek by ona nie była. Bo prawda jest taka, że nie wszyscy ją mają i wielu jest takich, co dali by dużo, by ją mieć…

Do biura wszedłem troszkę spóźniony. Szefa już nie postrzegałem, jako szablo zębnego tygrysa. Raczej jako człowieka, który w zamian za solidne wynagrodzenie oczekuje ode mnie zaangażowania się w misję firmy. Kiedy już siedziałem radośnie za biurkiem, zastanawiając się nad tym, jakie dziś zadania będę wykonywał, otworzyły się rozsuwane drzwi. Wszedł szef. Wręczając mi do ręki kopertę z napisem premia rzekł:
– A co ty tu jeszcze robisz? Do domu zmykaj, już!
– A z jakiej to okazji? – pytam się zaskoczony takim obrotem sprawy
– Już tu nie pracujesz – tutaj zrobił pauzę, a serce moje zamarło jak zatrzymany zegar – ale tylko dzisiaj – ciągnął dalej – z okazji ósmego czerwca daję ci przymusowe wolne. Wszystkiego najlepszego! – rzucił wychodząc.

Kiedy wyszedł rzuciłem się z ogromną ciekawością na wujka Google wpisując szybciutko hasło „ósmy czerwca”.
– A to spryciarz – szepnąłem pod nosem uśmiechając się – Dzień Informatyka. ­­– Taka figa – myślę – nigdzie nie idę. I korzystając z możliwości legalnego przeciwstawienia się szefowi zostałem tego dnia w pracy, ciesząc się, że ją mam i myśląc ze smutkiem o tych, którzy daliby wszystko, by tylko ją mieć.


Od tamtej pory już nigdy nie narzekam na poniedziałek. A jeśli już, to tylko na ten, który jest ustawowo wolny.

listopada 05, 2017

Co się w życiu liczy?

Co się w życiu liczy?

W życiu zawsze kierowałem się zdrowym rozsądkiem. Ten jeden jedyny raz postanowiłem pokierować się radami przyjaciół. Przynajmniej sprawdzę na ile mają zdrowego rozsądku – pisał autor tekstu zapisanego na kartkach zeszytu, który właśnie znalazłem między książkami w rejonowej bibliotece, z której chciałem wypożyczyć wciągającą powieść na dzisiejsze popołudnie. Wtedy, czytając te słowa, rozpocząłem przygodę z lekturą, która pozwoliła mi znaleźć odpowiedź na dwa pytania: 

Co się w życiu liczy i czym warto się kierować?

Zdrowy rozsądek podpowiadał mi, żebym nie kupował dwudziestu losów totolotka – pisał autor pamiętnika znalezionego w bibliotece ­– że to podatek od naiwności i żebym za te pieniądze sprezentował sobie coś, co sprawi mi małą radość. Przyjaciele podpowiadali mi, żebym kupił losy, bo tylko w ten sposób mam szansę na wygraną. Z ciężkim sercem i ślepą wiarą w słowa przyjaciół posłuchałem rady, która jak by nie patrzeć, brzmiała rozsądnie. Nikt jeszcze nie wygrał w totka nie kupując losu.

Pobiegłem do najbliższej kolektury, kupiłem losy, wypełniłem i radośnie rozpocząłem oczekiwanie na wieczorne losowanie. Nie liczyłem na cud, jednak szansa wygrania abstrakcyjnej jak dla mnie sumy szesnastu milionów złotych, przyprawiała mnie o delikatne mrowienie w brzuchu. Mała iskierka nadziei pomieszanej z podekscytowaniem

Wieczorem usiadłem przed telewizorem nastawiwszy go uprzednio na stację emitującą losowanie sześciu plastikowych kulek. Roztrzęsiony z podniecenia, oczekiwałem niecierpliwie na zwolnienie komory losującej

 – Komora maszyny losującej jest pusta – zabrzmiał głos spikerki prowadzącej program – za chwilę nastąpi zwolnienie… przekaz telewizyjny nagle się urwał jak dopływ światła po nieoczekiwanym przepaleniu żarówki.  W jego miejsce pojawiły się dwa słowa: BRAK SYGNAŁU  ­– Wszystko nie tak – westchnąłem wkurzony – biednemu zawsze wiatr w oczy. W nerwowym pośpiechu otworzyłem laptopa i stronę totolotka. Po dziesięciu minutach pojawiły się wyniki. Z wrażenia musiałem usiąść, bo zobaczyć wynik losowania, według którego sześć wylosowanych cyfr zgadza się z tymi sześcioma skreślonymi na jednym z moich dwudziestu kuponów to, mówiąc krótko, to jak wygrać w totka. Dopiero po tygodniu nieprzespanych nocy i hektolitrach wypitej melisy dotarło do mnie, że  wygrana szesnastu milionów złotych nie jest snem. Dotarło do mnie, że to najprawdziwsza prawdziwość.

Po załatwieniu wszystkich formalności związanych z przelaniem wygranej na konto i opędzeniem się od wszystkich „dobrych znajomych”, którzy nagle przypomnieli sobie o moim istnieniu, stanąłem przed wcale niełatwym wyborem: Na co wydać pieniądze? Czym się kierować przy tym trudnym dylemacie? I znów postanowiłem skorzystać z rad życzliwych mi ludzi. W końcu ostatnio ich posłuchałem i wyszedłem na tym na szesnasto milionowy plus. Obmyśliłem strategię, że zadzwonię do czterech przyjaciół. Jak w milionerach, telefon do przyjaciela z pytaniem, na co byś wydał szesnaście milionów złotych. Odpowiedzi otrzymałem chyba więcej niż na pustyni jest ziarenek piasku. Selekcja odpowiedzi zajęła mi cały okrągły tydzień po szesnaście godzin każdego dnia z przerwami na pizzę i sen. (O jak fajnie jest mieć czas i pieniądze ;))

Musiałem wymyślić sensowne kryteria wyboru. Przypomniały mi się słowa przeczytane kiedyś w książce, której tytułu niestety pamiętam. Mówiły one, że:

Człowiek nic nie może zrobić z tym, że żyje w świecie, w którym ścieżka dobra przeplata się ze ścieżką zła. Ale może wybrać, którą z tych dwóch ścieżek będzie podążał.

Idąc tym tropem, z  wielu opcji, które podsunęli mi przyjaciele wybrałem te, które moim zdaniem przysłużą się drugiemu człowiekowi, uszczęśliwią go lub pokażą drogę, jak uszczęśliwiać innych. Po czasie uświadomiłem sobie, że do sprawiania radości innym nie jest potrzebna abstrakcyjna suma szesnastu milionów złotych, jaką wygrałem. Wystarczy zostawić pięciozłotówkę na siedzeniu w autobusie. Na pewno ktoś się ucieszy jak ją znajdzie. Dać przypadkowej osobie kwiatka czy zaprosić kogoś na kawę. Opcji jest nieskończenie wiele, wystarczy kierować się dobrym sercem i wyobraźnią. A ile frajdy to daje, jak widzisz, że ktoś się cieszy z małych, drobnych rzeczy, które ty mu dałeś w prezencie...

Przeczytałem pierwszą stronę pamiętnika całkowicie zapominając o otaczającej mnie bibliotecznej rzeczywistości. Rozglądając się, czy nikt mnie nie lustruje wzrokiem, zwinąłem pamiętnik w rulon, schowałem do wewnętrznej kieszeni kurtki i zabrałem do domu. Skopiowałem i odniosłem z powrotem tam, gdzie leżał wcześniej. Byłem wielce rad, że nikt się nie zorientował, że dopuściłem się tego straszliwego czynu. Byłem też rad, że wszedłem  w posiadanie tak bardzo wartościowej rzeczy.


W domu studiowałem kopię pamiętnika z zapartym tchem. Przeczytałem w nim wiele wzruszających i uczących historii, zupełnie jakbym czytał „Baśnie tysiąca i jednej nocy” Dzięki nim nauczyłem się, że nie tylko rozsądek się liczy. Liczy się również głos serca, który do tej pory skutecznie zagłuszałem chłodną kalkulacją rozumu…

października 17, 2017

Krótka historia o wdzięczności

Krótka historia o wdzięczności
Do wieczora byłem całkiem szczęśliwym człowiekiem. Życie płynęło spokojnym torem. Pobudka, kawa, śniadanie, spacery z psem, kombinowanie kasy. Najzwyczajniejsza w świecie zwyczajność.  Ale portfel, który znalazłem tego dnia, miał w tą zwyczajność wstrzyknąć odrobinę dynamiki. Miał mnie zaprowadzić tam, gdzie jeszcze mnie nie było. A zaczęło się od tego, że…


                                                                                                              
Raźnym krokiem tuptałem po leśnej ścieżce. Zrelaksowany, oderwany od nieuroków miejskiego życia poczułem, że coś wtargnęło pod podeszwę mojego prawego buta. Kierując wzrok w stronę ziemi zobaczyłem portfel. Czarny, skórzany, wytarty portfel.  Rozejrzałem się wokół siebie w poszukiwaniu leżącego gdzieś obok ciała. Ewentualnie ukrytej kamery. Ani jednego, ani drugiego nie znalazłem. Tylko szyszki, patyki i stukający gdzieś dzięcioł.

Adrenalina wzburzyła się we mnie jak musująca tabletka w szklance wody. – Bo może ktoś tu jest – pomyślałem – może ktoś mnie obserwuje. Ktoś, kto zabija i okrada samotnych spacerowiczów takich, jak ja. Strach podsuwał mi przerażające scenariusze. W końcu zdobyłem się na odwagę, ukucnąłem przy portfelu, podniosłem i otworzyłem. Wcześniej zadbałem o to, żeby wykonać tę czynność przez chusteczkę, którą zawsze staram się mieć przy sobie. Bałem się zostawić odciski palców mogących świadczyć o moim udziale w okrutnym przestępstwie. Lepiej dmuchać na zimne.

W portfelu były  dwie rzeczy: Zdjęcie kobiety i dowód osobisty. – Trzeba odnieść – zagrała mi myśl uczciwego człowieka – a może lepiej odesłać? – Nigdy nie wiadomo, kto otworzy drzwi znajdujące się pod adresem widniejącym na dowodzie. Ale, że lubię przygody z dreszczykiem, zdecydowałem się odnieść osobiście…

Znalazłem adres widniejący na dowodzie. Zapukałem nieśmiało. Otworzył mi starszy pan. Po chwilowej konwersacji przez próg zaprosił mnie do środka i opowiedział mi krótką historię zaginionego portfela. A w ogromnie wielkim skrócie brzmiała ona tak: Szajka łobuzów ukradła mi portfel. – Co za świat? –przemknęła mi przez mózgownicę myśl z szybkością światła – Jak można okraść bezbronnego staruszka? Tak czy inaczej stało się…

Staruszek był przeogromnie szczęśliwy z tego, że odniosłem mu portfel. Taką radość, ulgę i wdzięczność, jaka malowała się na pomarszczonej twarzy staruszka, widziałem tylko raz w życiu. Widziałem ją w szpitalu, gdzie lekarz powiedział matce, że jej syn jednak będzie żył. Staruszek wręcz kipiał wdzięcznością. Wdzięcznością za to, że przyniosłem mu portfel, w którym znajdowało się zdjęcie kobiety będącej niegdyś jego żoną. Oczy mu się szkliły, kiedy opowiadał, jak zginęła w pożarze domu, z którego zostały tylko zgliszcza, a jemu po niej zostało tylko to jedno jedyne zdjęcie. Wyściskał mnie, zrobił herbatę, kolacje. Jego radości, ulgi i wdzięczności nie było widać końca.

Spędziłem u staruszka całe popołudnie razem z wieczorem. Mało co, a bym na śniadanie został. Siedzieliśmy tak do późnej nocy opowiadając sobie różne historie. Opowiedziałem mu między innymi o koledze, który cierpi na uraz kolana i nie może sobie w żaden sposób z tym poradzić. Każdy lekarz mówi co innego i co innego zaleca. Staruszek znalazł na to sposób błyskawicznie. Zadzwonił do wnuczka, który był cenionym ortopedą i od razu umówił wizytę. Dziś kolega jest zdrowy. Zdrowy, szczęśliwy i wdzięczny za udzieloną pomoc. A ja?

A ja dalej jestem szczęśliwym człowiekiem. Tylko wzbogaconym o wdzięczność za całkiem sporą ilość gotówki, jaką wręczył mi staruszek w ramach wdzięczności za odzyskaną fotografię żony.

Gdy wróciłem do domu rozmyślałem o tym, czego nauczyła mnie ta historia. A nauczyła mnie tego, że warto dziękować. Warto dziękować za drobiazgi będące częścią każdej godziny życia. Za prezenty otrzymywane w postaci nieoczekiwanych zwrotów akcji życia. Takim zwrotem była właśnie moja podróż do sympatycznego staruszka. 

Ta historia nauczyła mnie też tego, że dla każdego cenne jest co innego. Dla staruszka fotografia żony będąca jedyną po niej pamiątką, dla mojego kolegi zdrowe kolano wyleczone przez wnuczka staruszka, a dla mojego psa cała masa przysmaków, które kupiłem za gotówkę otrzymaną  w zamian za odniesienie portfela z fotografią. Ja też mogę być wdzięczny. Wdzięczny za tą uczącą przygodę pozwalającą mi dostrzec kojący wpływ wdzięczności na nieuroki codziennej egzystencji.


Co robić od jutra?

Dawno, dawno temu, dziesięć lat temu, postanowiłem rzucić palenie. Udało się. Dziś , od dobrej dekady jestem szczęśliwym nie palaczem. Jak ...

Copyright © 2016 Słowem Przez Życie , Blogger