kwietnia 22, 2019

Nudny tekst

Nudny tekst


Czym się różnią drogi(np. polne albo życiowe) od tłumu? Niczym, to i to się może rozejść. I tak ostatnio rozeszły się moje drogi z nudą. Zaszła mi za skórę i zabiłem ją. Teraz się boję, że przyjdzie szeryf mojego miasteczka i powie:

Jesteś zatrzymany pod zarzutem zabójstwa. Wszystko, co powiesz, może być użyte przeciwko tobie.

Już to sobie wyobrażam, jak się mnie wypytuje, czym i dlaczego ją zabiłem. A ja odpowiadam:

Żądam adwokata.

Swoją drogą, ciekawe ile można dostać za zabicie nudy?

Nudę zabiłem z zimną krwią. Ale nie dlatego, że mam na co dzień zimną krew. Nie, nie mam zimnej krwi(jedyne, co mam zimne, to lód w zamrażarce, który czasem mieszam z Whiski). Po prostu wtedy, kiedy ją zabijałem, w radiu leciały mrożące krew w żyłach informacje i zmroziły moją krew.

Jak zabiłem nudę?

 Nudę zabiłem ją polsko – włoskim słownikiem widocznym na zdjęciu poniżej(Tam za szklanką z lemoniadą).

Nauka języka okazała się świetnym sposobem zabicia nudy coraz bardziej zachodzącej mi za skórę. I do tego humanitarnym, bo ta nudna menda umarła od razu. Bez zbędnego cierpienia.



Poznałem jeszcze kilka sposobów zabijania nudy, ale nie będę nic tu pisał, bo jeszcze mnie posądzą, że zachęcam do czynów karalnych, jakim jest między innymi zabijanie. Lepiej pójdę zabić drzwi kuchenne grubymi deskami, bo za często chodzę nocą do lodówki podjadać. 

kwietnia 22, 2019

Co można zrobić z Okazji Dnia Ziemi?

Co można zrobić z Okazji Dnia Ziemi?

Dziś Dzień Ziemi. Ziemi zawalonej tonami plastiku i opływającej w niezmierzone ilości spalin. Ale ludziom opływającym w bogactwo zdobyte na produkcji plastiku i wydobyciu spalinotwórczej ropy to nie przeszkadza. Tak samo, jak producentom papierosów nie przeszkadza to, ilu ludzi umiera rocznie na skutek wciągania w płuca papierosowego dymu. I tak samo, jak dillerom marihuany nie przeszkadza to, że na skutek jej palenia można umrzeć ze śmiechu emitując przy okazji do atmosfery rozweselające spaliny.



To paradoks, bo marihuana, tytoń, plastik i spaliny to poddane przeróbce wytwory Ziemi. Wydobyte i przerobione przez (podobno) posiadającego rozum człowieka będącego również wytworem Ziemi. Wygląda na to, że natura dąży do samozagłady, ale…

Co można zrobić z okazji Dnia Ziemi?

Nie rzucać papierków, plastików i innych odpadów na ulicę albo do lasu.

Ps. Tych odpadów to można w ogóle nigdy nie rzucać na ulicę albo do lasu. W ogóle nigdzie ich można nie rzucać. Tylko pograć nimi w koszykówkę i celować do kosza.


kwietnia 20, 2019

Szlakiem Neru (Historia spełnionego marzenia)

Szlakiem Neru (Historia spełnionego marzenia)

Tak się zastanawiam od czego zacząć pisanie tego, co chcę napisać. Rozsądek mówi, że od początku. Rodzi się pytanie, gdzie jest początek?
– No właśnie, gdzie jest początek? – pytam sam siebie.
– Na końcu – odpowiadam sam sobie przekornie.
I jest w tym jakiś sens, bo na przykład na końcu rzeki Ner jest początek rzeki Warta, do której Ner wpada. A na początku rzeki Ner jest koniec podziemnego korytarza przez który płyną wody mające stać się w przyszłości Nerem….

Coś się zaczyna, coś się kończy i odwrotnie: coś się kończy, coś się zaczyna.

No właśnie, coś się kończy, coś się zaczyna. Na przykład ja skończyłem etap życia w niewiedzy na temat rzeki Ner i rozpocząłem proces dowiadywania się o niej wszystkiego, czego się można o niej dowiedzieć.


I, idąc brzegiem Neru z Lutomierska do Szydłowa, dowiedziałem się na przykład tego, że Ner płynie przez wieś o nazwie Charbice Dolne. Nazwa brzmi podobnie do Pipidówka Małego albo do Wygwizdowa Podhalańskiego. Ale, w przeciwieństwie do Pipidówka Małego i Wygwizdowa Podhalańskiego,  Charbice Dolne nad Nerem istnieją naprawdę. I wydarzyła się w nich niezwykła historia pana Jacka – historia spełnionego marzenia. Opowiedział mi ją pan Zygmunt – człowiek, który uratował widoczną na zdjęciu suczkę. Suczka wabi się Figa i Figa od kilku dobrych lat pędzi szczęśliwy żywot.  

Ale przejdźmy do historii Jacka, która zaczęła się od myśli…

– Zbuduję sobie drewniany dom – postanowił Jacek – takie mam marzenie i sobie go zbuduje.

 Ochoczo wziął się za realizację postanowienia. Ale, jak to w życiu bywa, nie obyło się bez przeszkód. Pierwszą przeszkodą w realizacji postanowienia okazały się pieniądze. A właściwie ich brak. Po wielomiesięcznych i nieskutecznych staraniach się o kredyt, którego żaden bank nie chciał mu udzielić, Jacek dzień po dniu popadał w czarną rozpacz. Pewnego dnia rozpacz zrobiła się tak czarna, że chciał utopić się w Nerze. I niechybnie by się utopił na głębokiej wodzie przy tamie, gdyby w porę go nie uratował przechodzący strażak.



– Coś pan zgłupiał? – spytał wyciągając Jacka na brzeg.
 – Feliks jestem – wyciągnął dłoń do Jacka, kiedy już ociekający wodą siedzieli na trawiastym brzegu.
– Jacek – odparł Jacek.

Z biegiem czasu się zaprzyjaźnili i stworzyli spółkę polegającą na tym, że Jacek podpalał lokalne pola, które gasił wraz ze strażacką ekipą Feliks.

– Jest konkretna robota – rzekł któregoś dnia Feliks – mamy do podpalenia coś znaczącego.
– Co masz na myśli? – zapytał Jacek.
– Drewniany zabytkowy kościół w sąsiedniej wsi.
– Nie ma mowy! – odparł stanowczo Feliks – jestem wierzący i nie będę się posuwał do takich nikczemności. Co jak co, ale Domu Bożego nie będę niszczył. Zresztą jak to się przyczyni do zdobycia gotówki na mój dom? – Jacek się oburzył.

  Kurde, Jacek - nie poddawał się Feliks – łamiesz piąte przykazanie, a mi mówisz o wyrzutach sumienia za spalony kościół, wstydziłbyś się.
Jacek się zamyślił.
– Piąte przykazanie to jest „nie zabijaj” – mruknął po czym ze zdziwieniem zapytał – kogo ja niby zabiłem?
 – No nie wal głupa Jacek – odparował Feliks – a z wody to kto Cię niby wyciągał, jak się chciałeś utopić? Zabijanie samego siebie, to też zabijanie. Poza tym pomyślałeś, ile zabiłeś niewinnych stworzeń podpalając te wszystkie pola? Króliki, myszy. O owadach już nie będę mówił, jaki Holocaust im zrobiłeś…

– Dość! – przerwał ten wywód Jacek – dość! Gdzie w tym zysk, gdzie zysk ze spalenia kościoła?
– Zapłacił mi brat tamtejszego proboszcza – oko Feliksa błysnęło – pół miliona złotych. Jak się zapytałem, czemu chce spalić kościół krewniaka, to powiedział mi, że on też jest proboszczem. Sprawuje pieczę nad kościołem, ale wszyscy wierni chodzą na mszę do jego brata, a jemu nie ma kto na tacę wrzucać. Zresztą nieważne, ważne, że płaci.

Jacek zastygł na kilkanaście sekund. Jego brązowa opalenizna sprawiła, że wyglądał jak pomnik z brązu.

– Dobra… zzga – ga – dza- a – m się – wyjąkał Jacek podekscytowany usłyszaną wiadomością – ppół miliona złotych – poowie –dz mi tyll – kko , pp po co ja tt te wszystkie pola podpalałem?

– Żebyś się z ogniem oswoił i nie stracił odwagi podczas podpalania kościoła – odparł Feliks…



…Kościół się spalił, Feliks ulotnił się z kasą, Jacka zamknęli w więzieniu. Dwa lata odsiadki zupełnie mu wystarczyły, żeby napisać książkę „Byłem Podpalaczem”. Sprzedała się w kilku milionach egzemplarzy. Za pieniądze zarobione na książce, a było tego z milion złotych, Jacek zrealizował marzenie – zbudował dom. Resztę gotówki przekazał ochotniczej straży pożarnej w Charbicach Dolnych nad Nerem. Potem gdzieś wyjechał  i świat już o nim nie słyszał.




– Piękna historia - mówię do Pana Zygmunta. Figa na mnie patrzy i przyjaźnie merda ogonem. Gdzieś tam niedaleko leniwie płyną wody Neru, który, mam nadzieje, odkryje jeszcze przede mną kilka ciekawych historii.  







kwietnia 17, 2019

Łódzki rower publiczny

Łódzki rower publiczny

Pojechałem odwiedzić przyjaciela mieszkającego na jednym z łódzkich blokowisk. Tuptam sobie radośnie przez pokręcone meandry osiedlowych uliczek i trawników, gdy nagle moim oczom ukazują się dwa publiczne rowery zaparkowane w śmietnikowej budzie .
– Przynajmniej garażowane – myślę sobie.

Z refleksem dziennikarza chwytającego okazję do zadawania kluczowych pytań podbiegam do przechodzącej pani z psem i się pytam, o co chodzi z tymi rowerami.
– To rowerowa dziupla – odpowiada.
– Jak to rowerowa dziupla? – pytam się zaintrygowany.
– Takie miejsce – odpowiada ucieszona tym, że może się pochwalić tajemną wiedzą – gdzie zakapturzone postacie sprowadzają kradzione publiczne rowery.
– I co potem się dzieje z tymi rowerami? – drążę temat z dziennikarską ciekawością.
 – A potem przybywają tu takie same zakapturzone postacie i rozbierają te rowery na części. – odpowiada.
Na pytanie, jak często się to zdarza, odpowiada mi, że przynajmniej raz na kwartał.
 – O idą rozbieracze – mówi wskazując na zbliżających się sześciu mężczyzn w czarnych kapturach.

Kiedy moja rozmówczyni oddala się powodowana strachem, że ją rozpoznają, ja chowam się za jeden z zaparkowanych pod blokiem samochodów i czekam na rozwój wypadków. Przeklinałem siebie za złamanie mojej dziennikarskiej zasady brzmiącej: miej aparat z naładowaną baterią i wolną kartą pamięci zawsze w pogotowiu. A bateria właśnie w moim telefonie padła. Padło też pytanie: O co tutaj chodzi?

– Miała rację babka – sobie myślę. Cała szóstka zakapturzonych mężczyzn rzuciła się na rowery, jak piranie na ofiarę. Rozebrali jednoślady w mgnieniu oka. Schowali części do toreb i rozpierzchli się w różnych kierunkach świata. Na miejscu zdarzenia zostały tylko ramy przypominające porzucone szkielety pożartych przez drapieżniki zwierząt.
Zadzwoniłem na straż miejską zgłosić zaistniałą sytuację…

Dotarłem do kolegi bogatszy o nową wiedzę dotyczącą Łódzkich Rowerów Publicznych. Opowiedziałem mu całą historię…
– Dzwonienie na straż miejską nic nie da – skwitował moje opowiadanie.
– Dlaczego? – pytam – czyż oni nie są od pilnowania porządku w mieście?
– Są – odpowiada kumpel – ale żeby tego porządku pilnowali, muszą mieć części do rowerów, którymi się między innymi poruszają. A, że rowery mają przestarzałe, bo nie stać ich na nowe, kupują części z czarnego rynku. Między innymi od takich zakapturzonych postaci, co ich dziś widziałeś.
– A ty skąd o tym wiesz? – pytam się niedowierzając.
– Ha, ha, zaśmiał się chytrze –  jesteś dziennikarzem tak samo jak i ty, więc powinieneś wiedzieć, że źródeł informacji się nie ujawnia.

I życie toczyło się dalej.




kwietnia 17, 2019

Sprawy niewyjaśnione.

Sprawy niewyjaśnione.

Koncert się skończył o dwudziestej trzeciej czterdzieści jeden. Taksówka przyjechała dziewiętnaście minut później. Chłopak w czarnej kurtce z logiem 4F do zamówionej przez siebie taksówki nie wsiadł. Nie wsiadł, bo zanim taksówka przyjechała, poszedł ze znajomymi na frytki. Namówili go. Na tle wizji pokrojonych w paski ziemniaków, smażonych na głębokim oleju, posypanych solą, utytłanych w keczupie, wszystkie jego dotychczasowe plany wyblakły. Zmatowiały, zniknęły, tak jak znika rdza z metalu pod wpływem bezlitosnego tarcia elektrycznej szlifierki. Jakaś niewidzialna siła pociągnęła go swoją niewidzialną dłonią w stronę knajpy, w której podają smażone ziemniaki.

– Jak będę tak łatwo ulegał pokusom – pomyślał składając zamówienie na frytki u ekspedientki charakteryzującej się wodospadem włosów w kolorze nocnego nieba i oczami promieniującymi wewnętrzną radością – to marnie skończę. – Ale ładna pani – ocenił panią sprzedającą podając jej stuzłotowy banknot – taka – nie mógł przez chwilę znaleźć odpowiedniego słowa – … taka, taka… czarująca.
– Żeby tylko się nie okazała wiedźmą – szepnął mu wewnętrzny głos chichocząc przy tym złowieszczo.
Resztę pozostałą ze stuzłotowego banknotu, którą wydała mu urocza pani podająca frytki, wrzucił do różowej, błyszczącej, porcelanowej świni, na którą ktoś przykleił kartkę z napisem: „Na piwo”.

Usiadł ze znajomymi przy kwadratowym stoliku. Otworzył usta chcąc coś powiedzieć i… nie zdążył nic powiedzieć, bo zadzwonił jego telefon. Wyjął go z kieszeni czerwonych spodni. Zerknął na wyświetlacz. Dzwonił numer taksówki, którą wezwał, a do której nie wsiadł, bo odwiodła go od tego wizja złociście podsmażonych frytek. Odrzucił połączenie z wyrzutami sumienia.

– Jak tak będę ulegał pokusom, to na serio kiedyś źle skończę – dręczyła go obawa – ale… - tu mu przemknęła przez głowę myśl - … ale przecież i tak kiedyś skończę. Dobrze czy źle, ale skończę. Życie człowieka jest jedyną na świecie rzeczą, którą, jeśli się już ją zaczęło, to na pewno się ją skończy…
– Za dużo myślisz – powiedział mu wewnętrzny piskliwy głosik – kup sobie dobrze schłodzonego browara, uciszysz myśli, zagłuszysz wyrzuty sumienia, że taksówkarza w bambuko zrobiłeś. – Poza tym co będziesz tak frytki na sucho wcinał – ciągnął wewnętrzny głos – z piwkiem frytki lepiej smakują. –  I będziesz miał okazję z uroczą ekspedientką poflirtować.

Przekonany tymi arguentami podszedł do lady celem zamówienia piwka. Kiedy czekał sześćdziesiąt sekund na ekspedientkę o ciemnych włosach i wesołych oczach, taksówkarz zadzwonił dwa razy.
– Ale się uparcie dopomina o swoje – pomyślał odrzucając najpierw jedno, potem drugie połączenie – wcale mu się nie dziwię, też bym się dopominał. – Źle robię, źle robię – chwytały go niespokojne myśli.

Urocza pani ekspedientka, która podeszła do lady obsłużyć zjadanego przez wyrzuty sumienia fana frytek już nie była taka ładna. Nie była taka ładna, bo do lady nie podeszła ekspedientka tylko ekspedient. Dziadek na oko sześćdziesięcioletni. Z brodą siwą i zmarszczkami przypominającymi pomarszczone przez sztorm morze. Brzuch miał płaski jak deska lady za którą stał. Posiadał też muskulaturę wskazującą na zamiłowanie do siłowni. Albo do sterydów, na dwoje babka wróżyła.

– Poproszę piwko – rzekł fan frytek. Wyciągnął portfel i z rozczarowaniem stwierdził, że ostatnie pieniądze jakie miał, wrzucił wcześniej do porcelanowej, różowej świni z przyklejoną kartką: „Na piwo”. – Nie, jednak nie proszę piwka – obwieścił smutnym głosem człowieka pozbawionego nadziei i jakichkolwiek perspektyw – nic nie proszę. Jedyne o co proszę, to o wybaczenie, że niepotrzebnie pana fatygowałem.
– Nic się nie stało – odrzekł ekspedient po czym obojętnie odszedł od lady znikając w czeluściach kuchni, skąd dochodził zapach smażonych na głębokim oleju frytek.

Fan frytek wrócił do radośnie gaworzących przy stoliku znajomych. Sam nie był taki szczęśliwy. Wręcz przeciwnie, wyrzuty sumienia, że zrobił taksówkarza w konia nie dawały mu spokoju. Nie pozwalały mu cieszyć się tym wieczorem. Perspektywa, że nie ma grosza przy duszy, bo wszystkie pieniądze wrzucił na napiwki, nie napawała go optymizmem.

Drzwi frytkowej knajpy otwarły się z trzaskiem. Stanął w nich facet, który, gdyby nie ogromny, czarny karabin w jego ręku, wyglądałby na całkiem pokojowo nastawionego osobnika. Spojrzał na frytkowego fana i celując w niego lufą wykrzyknął:

Zamawiasz taksówkę i nie jedziesz!? Narażasz mnie na straty! Jadę na darmo!
Wszyscy goście lokalu, oprócz frytkowego fana, runęli na podłogę jak zburzony mur. Nastała głucha cisza. 
– To jest ten taksówkarz – pomyślał fan frytek trzęsąc się ze strachu jakby właśnie zachorował na chorobę Parkinsona – ten taksówkarz, co go w bambuko zrobiłem. Wiedziałem, że będę tego żałował. Już żałuję.
Tym razem ci daruje – powiedział łagodniejąc taksówkarz – tym razem Ci daruję, bo tam gdzie wezwałeś taksówkę, poznałem fajną dziewczynę i poniekąd jestem Ci wdzięczny za to wezwanie. Podszedł do lady. Kładąc na niej zwitek stuzłotowych banknotów powiedział do leżącej za nią ekspedientki:
– To rekompensata za niepotrzebne zamieszanie.
Popatrzył jeszcze raz na fana frytek, wymierzył w niego z karabinu i… nacisnął spust. Strumień wody wystrzelony  z karabinu na wodę rozbryzgał się na jego piersi.
– Mokrego dyngusa, który już w najbliższy poniedziałek – powiedział z uśmiechem taksówkarz. Po czym wyszedł z lokalu pozostawiając po sobie przerażenie przebywających w knajpie klientów, kałużę wody i zagadkę, jaka powstała w głowie fana frytek: Jak on mnie do cholery namierzył?

Na drugi dzień gazety trąbiły o tym incydencie przyczyniając się do reklamy knajpy z frytkami. Frytkowy fan głowił się nad tym, jak taksówkarz go znalazł, jednak to pytanie trafiło do rubryki zatytułowanej: 

Sprawy niewyjaśnione.





 

kwietnia 10, 2019

U Źródeł

U Źródeł

Termometr przymocowany za oknem mojej kawalerki wskazuje cztery stopnie Celsjusza. Słońce baluje za szarymi chmurami szczelnie okrywającymi Ziemię. Niezbyt dobra pogoda na ruszanie się z domu. Tym bardziej, że jest leniuchowata niedziela. Na złość smutnej aurze i leniuchowatej niedzieli, postanawiam się ruszyć. Wyznaczam cel wyjścia i, nie tracąc cennego czasu(który, co by nie było, zawsze będzie stracony. Ale zawsze może być dobrze wykorzystany),wychodzę. Wychodzę na poszukiwanie źródeł Neru – największej rzeki płynącej przez Łódź.

Z map Google dowiedziałem się, że źródła Neru leżą we wschodniej części miasta Łodzi – miasta, w którym w klawisze pianina uderzał Artur Rubinstein, Reymont umieścił w nim akcję  nagrodzonej Literacką Nagrodą Nobla powieści „Ziemia obiecana”, a Cezary Pazura w filmie „Ajlawiu” wygłosił słynną kwestię: ŁÓDŹ KURWA. Nie wiem, co ci aktorzy mają do Łodzi. Jak Boguś Linda stwierdził, że Łódź jest miastem meneli, to pomyślałem, że to aktorski spisek mający na celu postawić łódź w niekorzystnym dla niej świetle.

Łódź nie jest miastem meneli. Można odnieść takie wrażenie, kiedy się widzi śpiących po parkach zarośniętych mężczyzn wydzielających feromony mogące powodować cofanie się jedzenia z żołądka. Można też tak pomyśleć, kiedy się słucha kobiet dysponujących niskim, przypominającym rozstrojony kontrabas,  głosem. Jak taka urocza dama(cechująca się wystającą flaszeczką wódeczki z poplamionego płaszcza wyjętego ze skrzynki PCK) odezwie się swoim kontrabasowym głosem i chuchnie to... mobilna, żywa gorzelnia. I na dodatek krajowa(a mówią, że polski przemysł upada). 

Ale zapach kilkuletniej libacji alkoholowej wiejący od kobiet gustujących w wódeczce z ruską banderolą albo i bez banderoli i widok obszarpanych panów degustujących takową wódeczkę umieszczoną w plastikowej buteleczce po pepsi podniesionej spod przepełnionego śmietnika,  wcale nie oznacza, że Łódź, jak to powiedział Boguś Linda, jest miastem meneli. A jeśli jest, to nie w większym, ani mniejszym stopniu, niż inne miasta w Polsce. Pytanie kto i co może z tym zrobić…

Jak już mi Google podpowiedziały, gdzie leżą źródła największej rzeki przepływającej przez miasto z żółtą łódką w herbie, to pojechałem do tych źródeł  miejskim autobusem przypominającym pełną ludzi konserwę na kółkach.

– Ludzie – Sardynki – pomyślałem jadąc autobusową konserwą.  Różniący się od Sardynek tylko tym, że mają głos. Poza tym każdy z nich, zupełnie jak Sardynka, wpada w sieć. W sieć rodzinnych powiązań, w sieć powiązań zawodowych, w sieć sklepów Żabka i Freshmarket, w sieć zwaną Internet. Przetworzeni, gotowi do konsumpcji przez większych od nich. Uwikłani w społeczno - ekonomiczny pokarmowy łańcuch. 

Jadę konserwą dwie godziny. Dobrze, że mam książki i mam co czytać.

– Co by było, gdybym książek w plecaku nie nosił? – zadaję sobie pytanie.
– Miałbym lżejszy plecak – odpowiadam sam sobie – i zaniżał bym statystyki czytelnictwa w Polsce.

Rozmawianie samemu ze sobą weszło mi w nawyk. Tematów mi nie brakuje – książki, filmy, co na kolację. Rozmawiam sam ze sobą o wszystkim. Jak rozmawiam sam ze sobą na głos, to zakładam na ucho słuchawkę bezprzewodową, żeby mnie nie posądzili o chorobę psychiczną. Żeby nie posądzili, że rozmawiam z urojonymi w chorym umyśle postaciami. A jak widzą mnie ze słuchawką, to myślą, że rozmawiam przez telefon. Zawsze, jak mam na uchu słuchawkę bezprzewodową i mówię do siebie, to mam poczucie, że robię wszystkich w konia. Utwierdzam się wtedy w przekonaniu, że ludzie wierzą w to, co widzą. 

Ludzie nie wierzą tylko w to, co widzą, czasem wierzą, w to, co słyszą. Na przykład Świadkowie Jehowy, Protestanci, Katolicy, Muzułmanie, Żydzi, itp.  wierzą w większości w to co słyszą od księży, rabinów, pastorów i innych swoich duchowych przewodników. „Kto ma uszy niechaj słucha”…

Dojeżdżam na miejsce. Mijam czerwoną tabliczkę z napisem ZESPÓŁ PRZYRODNICZO-  KRAJOBRAZOWY ŹRÓDŁA NERU i rozpoczynam poszukiwania bijącego źródełka.

Bijącego źródełka nie znajduję. W okolicach źródła tylko bagna i mokradła.

– Żebym tylko w jakieś bagno nie wdepnął – myślę z trwogą.

Strzelam kilka fotek.

– Zawsze lepiej strzelać fotki niż fochy – wpada mi do głowy, niczym bilardowa kula do łuzy, błyszcząca refleksja wywołana tematem strzelania. Będąc w temacie strzelania przypomina mi się też, jak strzelałem w liceum na teście z biologii. Strzelałem jak wyborowy strzelec, bo celnie trafiłem tyle odpowiedzi, że zaliczyłem test. Po tym teście miałem taką dużą wiarę w moje umiejętności strzeleckie, że wysłałem zgłoszenie do teleturnieju „Milionerzy”. Tam też można strzelać i trafiać w dobre odpowiedzi niczym na teście z biologii. Jak się strzeli trafnie kilka razy, to można wygrać milion i kupić sobie jacht i wypłynąć nim na rejs po Pacyfiku. Albo kredyt mieszkaniowy spłacić szybciej niż się planowało.

W „Milionerach” jest opcja „Telefon do przyjaciela”. Można do niego zadzwonić, żeby pomógł z odpowiedzią, jak się nie wie, w którą odpowiedź strzelić. Bardzo dobre rozwiązanie. Niestety tylko dla tych, co mają przyjaciół. Ja przyjaciół wtedy nie miałem, więc ta opcja mi była zupełnie nieprzydatna. Zresztą tak wierzyłem w moje umiejętności strzeleckie, że nie potrzebowałem żadnej pomocy z zewnątrz. Niestety nie miałem okazji tego sprawdzić, bo na moje wysłane zgłoszenie do „Milionerów” nikt nigdy nie odpowiedział.

Strzelam fotki okolic źródeł Neru zastanawiając się, co ja w ogóle robię na tych źródłach.  Mój wewnętrzny rodzic nazwany przez Zygmunta Freuda Superego odzywa się groźnym, basowym, ojcowskim głosem:

– Źródła gotówki byś sobie jakiegoś poszukał, a nie się po jakiś bagnach włóczysz! I…

…I życie płynęło dalej. Zupełnie jak wody Neru, które po przepłynięciu stu trzydziestu kilometrów od źródeł zlokalizowanych w okolicach ulicy Mozaikowej(Łódź - Górna), wpadają do wód rzeki Warty w okolicach wsi Majdany…




kwietnia 01, 2019

Tam, gdzie nikt cię nie znajdzie.

Tam, gdzie nikt cię nie znajdzie.



 Jeśli tak wyglądało życie hiszpańskich partyzantów walczących w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku z reżimem generała Fransisca Franco, jak to zostało przedstawione w powieści „Tam, gdzie nikt Cię nie znajdzie to… nie chciałbym być hiszpańskim partyzantem. Nie chciałbym być w ich skórze. Nie chciałbym żyć z kradzieży ani ukrywać się w skalistych górach Półwyspu Iberyjskiego.  Ale bohaterowie książki „Tam, gdzie nikt Cię nie znajdzie” chcieli. Chcieli albo musieli. Nie wiem tylko czy ta chęć albo mus brały się z ideologicznej wiary w komunizm czy z powodu faszystowskiego uścisku, jaki panował pod rządami Franco. Jedno wiadomo na pewno – starły się tam dwie przeciwstawne  ideologie.

Osobiście uważam, że ideologie to nic dobrego, bo często, jak pokazuje historia, wynika z nich więcej minusów niż plusów. Komunizm czy nazizm są wystarczającym przykładem. Ale czy każda ideologia jest zła?

Niekoniecznie. Ostatnio czytałem wywiad z chłopakiem o imieniu Roger, który w życiu kieruje się ideologią „Dobrze zjeść.” Zakłada ona, że każdego dnia musi poznać smak nowej potrawy. Dokąd go ta ideologia zaprowadziła? Do różnych zakątków świata, bo, jak twierdzi, po sześcioletnim jeżdżeniu po Polsce i degustowaniu rodzimej kuchni, musiał w końcu przekroczyć granice. Kulinarne i państwowe.

… „– W Polsce nie można zjeść kangura – mówił w wywiadzie kulinarny podróżnik – dlatego musiałem się udać do dalekiej Australii i doświadczyć tej przyjemności wśród Aborygenów, z którymi przez kilka tygodni mieszkałem…” Innym razem pisał, że sam mało co nie stał się potrawą trafiając na krwiożercze plemię kanibali.

Dzięki wprowadzeniu w swoje życie ideologii „Dobrze zjeść”(którą sam sobie wymyślił.) udało mu się napisać i wydać książkę pt. „Kulinarne podróże i kilka smacznych przepisów”, z której z radością(i ze smakiem) korzysta dziś tysiące ludzi.  Na książce się nie skończyło, za zarobione pieniądze otworzył kulinarne biuro podróży oferujące wycieczki po kuchniach świata(All inclusive z pełnym wyżywieniem). Po kuchniach, które nie jedno mają imię, bo inna jest kuchnia kanibala zjadającego swoich pobratymców, a inna jest kuchnia mieszkańca Indii delektującego się dietą wegetariańską.

Roger, wymyślając ideologię „Dobrze zjeść”(komunizm i faszyzm też ktoś wymyślił) udowodnił, że nie każda ideologia jest zła. Ale nie każda też jest dobra. Te ukazane w książce „Tam, tam gdzie nikt cię nie znajdzie” nie były dobre. Bo komunizm i faszyzm nigdy nikomu na zdrowie nie wyszedł. Nawet dyktatorom i władcom, bo strach, że ich imperia upadną, szargał ich nerwy niemiłosiernie. Z tego strachu tworzyli przyboczne armie mające za zadanie strzec stabilności imperium. N.K.W.D. w Z.S.R.R., gestapo w hitlerowskich Niemchech, czy gwardia obywatelska generała Franco w Hiszpanii ukazana szczegółowo w powieści Alicii Gimenez – Bartlett.  Tylko jak odróżnić dobrą ideologię od złej?

To pytanie, przypuszczam, będzie mnie nurtować do końca życia, ale jak miałbym na nie odpowiedzieć w tej chwili, to odpowiedziałbym, że dobra ideologia przynosi korzyści ludzkości. Na przykład ta, którą sobie wymyślił Roger.

Książka „Tam, gdzie nikt Cię nie znajdzie” opowiada o nieuchronności losu i o tym, że kim staje się człowiek, zależy od tego, gdzie i kiedy się urodził.  Ale nie ważne kim by się stał, nic nie zmieni tego, że zawsze będzie człowiekiem i że zawsze będą targały nim ludzkie uczucia.  

Tyle ode mnie. Idę wymyślić sobie jakąś dobrą ideologię życia.

 A tyle o powieści. Bo zanim się przystąpi do lektury, to warto wiedzieć, o czym się będzie czytało.

Jest rok 1956. Renomowany francuski psychiatra, doktor Lucien Nourissier, udaje się do Barcelony. W swej pracy naukowej zajmuje się badaniem osobowości przestępców. Przedmiotem zainteresowania doktora jest Teresa Pla Meseguer, znana jako Pasterka, kobieta oskarżona o dwadzieścia dziewięć morderstw. Należy ona do maquis — antyfrankistowskiej partyzantki, dlatego też od dawna poszukuje jej Guardia Civil. Pasterka myli ścigającym tropy, ukrywa się samotnie w górach. Barceloński dziennikarz, Carlos Infante, jako jedyny, może mieć kluczowe informacje na temat poszukiwanej. Doktor Nourissier proponuje mu niecodzienne przedsięwzięcie: nie zadowalają go poznane dotychczas fakty dotyczące tajemniczej Teresy, marzy o osobistym spotkaniu z nią.

        Lucien Nourissier i Carlos Infante wyruszają w podróż do regionu Maestrazgo, gdzie ukrywa się poszukiwana. Podczas wyprawy będą musieli zmylić czujność strażników, odróżnić tropy prawdziwe od fałszywych i stawić czoło tysiącom przeszkód.

        Pasterka, bohaterka tej surowej, przejmującej opowieści, jest postacią autentyczną. Autorka kreśli sugestywny obraz zdumiewającej osoby, będącej zarówno kobietą, jak mężczyzną, całe życie uciekającej przed światem i samą sobą. Tam gdzie nikt cię nie znajdzie to powieść o ponownym odkrywaniu mrocznych okresów historii Hiszpanii, a także o bezbrzeżnej samotności człowieka.

Copyright © 2016 Słowem Przez Życie , Blogger